wyspiarze blog

Twój nowy blog

Po urlopie

1 komentarz

No to niestety możemy sobie powiedzieć, że wszystko co dobre, szybko się kończy. Dobre, czyli urlop, z którego wróciliśmy wczoraj późnym wieczorem. Spędziliśmy go w naszych ukochanych Borach Tucholskich na pływaniu, spacerach, grzybobraniach rozlicznych (z niezłym skutkiem), grillowaniu, spędzaniu wieczorów przy ognisku (niekiedy nawet przy gitarze, kiedy był nastrój), no i oczywiście wizytach w saunie. Atrakcją dawno nie próbowaną były dodatkowo nargille, czyli arabska fajka wodna, w której posiadanie wszedł ostatnio w ramach prezentu urodzinowego Dwaxel. Tradycyjnie w czasie urlopu nie oglądamy TV, choć jest tam nawet satelitarna. Wiedzę o świecie czerpaliśmy z internetu, który dzięki routerowi wyraźnie się był poprawił (w odróżnieniu od zasięgu telefonu komórkowego, który zawsze był tam fatalny, a teraz się jeszcze pogorszył). Taka przerwa w kontaktach z TV zawsze nam dobrze robi, bo trzeba czasem odpocząć od tego błota, którym tradycyjnie obrzucają się tak zwane klasy polityczne (swoją drogą, co za dureń wymyślił takie kretyńskie określenie?). Wróciliśmy, włączam telewizor, i co widzę?… Kolejną rozróbę, związaną z 30 rocznicą podpisania Porozumień Sierpniowych. Miało być podniośle i uroczyście, wyszło jak zwykle. Obiecałem sobie, że po urlopie zacznę trochę częściej pojawiać się na swoim i zaprzyjaźnionych blogach, choć z tymi zaprzyjaźnionymi to różnie bywa, uwiąd na nich jest zauważalny bez lupy… no może z wyjątkiem Koticzki, u której zawsze można znaleźć coś ciekawego i aktualnego do poczytania. W każdym razie, postaram się uaktywnić w tej mierze, obiecuję! :P

Sezon ogórkowy w pełni, wokół mnóstwo głupich i nikomu niepotrzebnych informacji, publikatory kreują kolejnych „celebrytów”, którzy są znani jedynie osobom ich kreującym, albo w najlepszym razie bardzo wąskiemu kręgowi osób. W polityce poza wyskokami nadwornych harcowników typu Kępa i Brudziński, a ostatnio także odkurzony Macierewicz ze strony PiS i Palikot (jak długo jeszcze?) z Niesiołowskim ze strony PO  też się nic specjalnego nie dzieje. Z nieba leje się żar, doświadczamy na sobie wszyscy skutków globalnego ocieplenia, słowem… lato.
Na tym tle na kluczowe wydarzenie wysforowała się sprawa krzyża pod Pałacem Prezydenckim. Zdarzyło mi się kiedyś zobaczyć w TV migawkę z rozmów z osobami (choć nie wiem, czy zasługują na to określenie, no, ale dawno temu obiecałem Dwaxelowi, że na tym blogu inwektyw nie będzie, więc staram się być konsekwentny), które dyżurują pod krzyżem „pilnując” go. Przed kim? Ano, Panie, przede wszystkim przed Żydami, odpowiedział pewien jegomość, po czym wymienił jednym tchem litanię nazwisk z Tuskiem i Komorowskim na czele. Abstrahując od tego, że niezbyt wiele jest w Polsce rodzin o tak udowodnionym rodowodzie jak Komorowscy, mnie zastanowiło coś innego w tym bełkocie. Strzegą krzyża przed Żydami, czyli przed kim? Przed Jezusem? Marią? Św. Piotrem? Św. Pawłem?, wszystkimi apostołami?… Można by mnożyć te osoby niemal w nieskończoność… Przecież wszyscy oni byli Żydami!
Zdarzyło się, że powiedział to pewien człowiek właśnie tam, pod tym krzyżem, w obecności jego „strażników”, na tle głoszącego miłosierdzie boże  Radia Maryja… Cieszę się, że udało mu się uniknąć linczu. Najśmieszniejsza była nawet nie reakcja tego tłumu bezmózgowców (sorry, miało nie być inwektyw), ale uświadomienie sobie, że oni tego nie wiedzą, i nigdy w to nie uwierzą: Jak to, wrzeszczała jakaś paniusia, przecież to Żydzi ukrzyżowali Chrystusa! Ano tak, paniusiu, chciałoby się powiedzieć, ale nie zmienia to faktu, że on sam był Żydem, pdobnie jak jego Matka, tudzież Św. Józef, pełniący obowiązki (jak głosi Pismo) jego Ojca. Antysemityzm w Polsce, który, niezależnie od tego co się oficjalnie twierdzi istnieje, i ma się bardzo dobrze, oparty jest przede wszystkim na głupocie i niedoinformowaniu, ze szczególnym jednak wskazaniem na głupotę. I kiedy taki bęcwał/ka z dumą i zacietrzewieniem wrzeszczy, że to on, panie, jest prawdziwym Polakiem, chwilami żałuję, że wtedy kiedy miałem okazję nie pożegnałem tego dziwnego kraju nad Wisłą. Teraz dla mnie już niestety na to za późno!

Jak co bardziej pamiętliwi czytelnicy tego bloga pamiętają (jeśli w ogóle jeszcze jacyś zostali, ale to moja wina, bo pisuję bardzo rzadko), kiedyś, w szczytowej fazie częstotliwości blogowych wpisów, często  zdarzało mi się opisywać różne sytuacje, zdarzające się podczas licznych delegacji, które mam okazję odbywać. Teraz też jestem na delegacji. Nie zamieszam jej opisywać, chciałem tylko poinformować, że czasem zdarzają się cuda. Takim cudem jest fakt, że dziś wszystko poszło jak z płatka, i w hotelu, usytuowanym nad pięknym Zalewem Koronowskim, udało nam się pojawić już około 16.30, podczas gdy zwykle w trakcie tej samej trasy dobijamy tu między 20 a 22. Pierwszy raz od wielu lat, kiedy tu bywam, miałem wreszcie okazję zobaczyć jezioro, a dzień był piękny i słoneczny, więc widok był przecudny. Można było posiedzieć nad wodą przy piwku, obejrzeć zakotwiczone w porcie jachty, po prostu odrobinę odetchnąć. Jutro ciąg dalszy, ale ten dzień bardzo mi się przydał. I takich dni życzyłbym sobie jak najwięcej.

Zakończyła się pierwsza tura wyborów. Zakończyła się niestety podobnie jak w 2005 roku. Miało być rozstrzygnięcie w I turze na rzecz Komorowskiego, zrobiło się zaś niespełna 5 puktów przewagi tegoż, a kluczowym rozgrywającym stał się…. Napieralski. To efekt mizernej kampanii PO i brak wyrazistego, charyzmatycznego kandydata tej partii. Pan Bronek i owszem, sympatycznym facetem jest, taki „misiowaty”, sarmacki, ale żaden z niego charyzmatyczny polityk, a i z fightera nie ma w nim zbyt wiele. Przeraża mnie możliwy scenariusz za 2 tygodnie. Wakacje, niska frekwencja elektoratu PO, pełna koncentracja wyborców PiS, w dodatku „mocherowe berety” po odpadnięciu Marka Jurka jeśli zagłosują, to „z dwojga złego” na Kaczyńskiego. Rzeczywiście języczkiem u wagi mogą być wyborcy Napieralskiego. a on tanio skóry nie sprzeda, i trzeba będzie z nim iść na układy. Żałuję trochę, że Tusk zachował się tak bardzo kunktatorsko i na kandydata namaścił polityka bez wyrazu, pewny, że ten mu w niczym nie zagrozi. A ja myślę, że Schetyna byłby znacznie bardziej wyrazistym kandydatem, no ale Tusk nie dopuści do wzmocnienia jego pozycji. Efektem może niestety być kontynuacja kaczyzmu, tyle, że w znacznie gorzszym wydaniu, bo nieżyjący Lech był co prawda w niektórych momentach awanturnikiem politycznym, ale przy Jarku to pikuś! Oby się okazało, że nie mam racji!

Od soboty w Krakowie pada deszcz, nieustający, rzęsisty. Po prostu ulewa. Wczoraj pojawiły się pierwsze komunikty o paraliżu Krakowa. Zagrożone, zamknięte mosty, zalane ulice, zmiany w komunikacji miejskiej. Do szpitala nie dotarło wiele osób, którym powódź zalała domy lub umiemożliwiła  przeprawę na drugą stronę Wisły. Dyrekcja uprzejmie poinformowała,że nie muszą brać urlopu. Potem okazało się, że to dotyczy osób zatrudnionych w Colegium Medicum, a my musimy pisemnie poinformować kogo nie było w pracy.Żenada, w obliczu takiej sytuacji, nowa Pani Dyrektor sięi ne sprawdza. Wiele osób mieszka pod Krakowem, niektórzy dojeżdżają z bardzo odległych miejsc. Mówili – i tak nie dojedziemy do domu, zostajemy w pracy , póki woda nie opadnie. Nie możemy zejść z dyżuru póki, go nie przekażemy następnej zmianie.
U nas wszystko w porządku /to dla Koticzk dzięki za troskęi/ Mieszkamy w miejscu oddalonym od rzeki, trzecie piętro, piwnice suche. Dzieciom też nic nie grozi, ogródek tylko zmienił się w staw. Amelia – ciągle mokra.Po wieczornym spacerze wpada biegiem do łóżka, pod kołdrę, przecież nie może zamoczyć swojego legowiska!
Przypominamy sobie z Wtspiarzem powódź z 1997 roku, byliśmy wtedy na wyspie, piękna pogoda, upały. Wracając zobaczyliśmy ogrom zniszczeń. Teraz jest gprzej. Trzymajmy kciuki za ofiary powodzi.

Od 29 kwietnia znowu jesteśmy w naszych ukochanych Borach Tucholskich. Jutro niestety powrór do cywilizacji, ale to i tak ponad 11 dni, więc powinniśmy być wdzięczni losowi za taką możliwość jeszcze przed letnim urlopem. Ustaliliśmy już, że spędzimy go w tym samym miejscu, ale to jeszcze trzy długie miesiące… Ten wyjazd był potrzebny, po pierwsze jako wypoczynek, który nam się słusznie należał po dosyć intensywnej pracy, po drugie, dla zwolnienia codziennego galopu, chwili oddechu przed kolejnymi, intensywnymi miesiącami. Dla mnie dodatkowo był to czas refleksji, chwilowego zadumania się nad przeszłością i … przyszłością, bo przecież w trakcie tego pobytu we W… przewinął mi się kolejny rok na liczniku, jako że 3 maja poza Rocznicą Konstytucji są również moje urodziny. Część pobytu tutaj spędziliśmy z Gospodarzami i tak zwanym „Cudzym Dzieckiem”, czyli Martą, córką naszych przyjaciół z Krakowa i (o ile dobrze pamiętam), chrzestną córką naszej Gospodyni, Ewy. Od wtorku jesteśmy sami, oczywiście z Amelią, ale to chyba nie ulegało dla nikogo żadnej wątpliwości. Pogoda nas specjalnie nie rozpieszczała, pierwsze dni były bardzo ładne, ale teraz jest dosyć chłodno jak na maj i momentami pada. Nie jest jednak tak źle, żebyśmy nie mogli spacerować z psem. Niewątpliwą atrakcją wieczorów są również seanse w saunie, dziś wieczorem niestety będzie ostatni na jakiś czas.
Łączność ze światem zapewniają nam radio (oczywiście „Trójka”) i internet, z którym udaje mi się łączyć przez Blue Connect tylko z jednego miejsca w domu. Telewizja, w dodatku satelitarna też tu jest, ale…. jakoś nie chciało nam się jej włączać. Za to z niedowierzaniem patrzyłem na stertę butelek, które odwoziliśmy do pojemnika dziś rano, w ramach przygotowań do wyjazdu. Kto to wszystko wypił? No tak, były moje urodziny, to trochę tłumaczy. Ogólnie zawsze tutaj o tej porze roku (bo to nie pierwsza nasza majówka w Borach) jestem tu pod wrażeniem ciszy, spokoju, odgłosów żabich godów, dochodzących wieczorami z pobliskiego stawu, ptasich treli, które towarzyszą nam przez cały dzień, niespodziewanych spotkań z sarnami na spacerze (Amelia niestety biegnie za nimi, ale po chwili wraca z bardzo skruszoną miną). Można się nieco wyciszyć, pomyśleć o czymś innym, jak codzienna pogoń za mamoną w miejskiej dżungli. Myślę, że zrobimy wszystko, aby za rok wrócić tu znowu….

Katastrofa

1 komentarz

To, co wydarzyło się wczoraj jest niewątpliwą tragedią w kategoriach czysto ludzkich. Jest tragedią dla rodzin i bliskich tych wszystkich, którzy zgineli. Jest też do pewnego stopnia tragedią dla kraju, którego prezydent, wybrany w końcu w demokratycznych wyborach, był dla świata symbolem władzy w Polsce. To, co się dzieje wokół tej katastrofy doskonale opisał w swoim blogu Dwaxel, zgadzam się z nim w całej rozciągłości. Chciałbym jednak zabrać głos w innej, acz związanej z wypadkiem lotniczym pod Smoleńskiem sprawie: Chodzi o organizację, a raczej jej brak. Jakim trzeba być absolutnym kretynem, aby dopuścić do tego, aby tyle istotnych dla funkcjonowania państwa osób leciało jednym samolotem? Jak można było pozwolić, aby Szef Sztabu Generalnego i dowódcy wszystkich rodzajów wojsk znaleźli się na pokładzie jednej maszyny? To było elementarne naruszenie wszelkich procedur, obowiązujących we wszystkich cywilizowanych krajach. Mam nadzieję, że decydenci wyciągną nauczkę z tej bolesnej lekcji i Polska przestanie się nadal wystawiać na pośmiewisko świata, bo mimo kondolencji i wyrazów współczucia z innych krajów, takie odgłosy się już pojawiają. I słusznie!

Za czasów mojej młodości funkcjonowało takie przewrotne powiedzonko: „Ucz się i pracuj…. a garb ci sam wyrośnie”. Coś w tym jest. Nie mówię, żebym się jakoś szczególnie intensywnie uczył ostatnimi czasy, bom formalną edukację (na przyzwoitym, wyższym poziomie, nie chwaląc się) zakończył znacznie ponad trzy dekady temu, a więz w tej zamierzchłej przeszłości, kiedy większość czytelników tego bloga (blogu?) nie wiedziała nawet, że za czas jakiś wybierze się na ten padół łez, ale…. człek ponoć uczy się całe życie. A to jakiś kurs trzeba zaliczyć dla chleba, jak ja nie przymierzając w listopadzie, albo trochę doczytać o najnowszych trendach w branży, bo czas przecież w miejscu nie stoi, a wiedza z czasem się dezaktualizuje (w tym momencie z rozczuleniem myślę o czasach, gdy ucząc się elektroniki musiałem przyswajać wiadomości o…. lampach elektronowych, a przeciętny tranzystor był wielkości aspiryny). Dziś jednak nie o nauce głównie, ale o pracy. Na swoje szczęście niemal 20 lat temu postanowiłem wziąć swój los we własne ręce, czego dwie główne przyczyny były takie, że zwtkle miałem szefów o mało wyrafinowanej inteligencji, głównie z nadania jedynie wówczas słusznej Władzy Ludowej, a poza tym na tak zwanej „państwowej posadzie” zaczęła mnie powoli zżerać rutyna i począłem obserwować pierwsze, ale bardzo niepokojące objawy schorzenia, które zwykłem nazywać „skretynieniem gryzipiórkowatym”. Nie powiem, żebym tak naprawdę kiedykolwiek tej decyzji żałował, ale…. Patrzę czasem na swoich kontrahentów, z którymi przychodzi mi pracować w charakterze wykonawcy zleceń ich firm. Patrzę na te buzie czyste, twarzyczki żadną myślą nie skalane, obserwuję ich zadowolone uśmieszki, kiedy usiłują mi udowodnić, że wiedzą więcej o mojej branży ode mnie, widzę jak celebrują swoje biurowe kawki i herbatki, zawsze o tych samych porach, i…. szlag mnie trafia, zwłaszcza jak mam za sobą 6 godzin jazdy do takiego indywiduum, a przed sobą 12 godzin pracy, żeby zminimalizować swoje koszty (na przykład delegacji, hoteli ect.). Bywa wtedy, że się zastanawiam…. a może nie było warto? Miałeś chłopie nieźle płatną „państwową” pracę na tak zwanym kierowniczym stanowisku, poza sytuacjami awaryjnymi „odwalałeś” swoje 8 godzin i szedłeś do domu…. Nie, to chyba jednak efekt wiosennego przesilenia…. Kiedy sobie pomyślę, jak bym mógł teraz wyglądać, jakie zmiany takie życie wywarło by na mojej mentalności, otrząsam się z obrzydzeniem, i powtarzam sobie jak mantrę: „Było warto,było warto było….” :P

Finalizujemy dzisiaj rozpoczęty w ubiegły weekend (łącznie z niedzielą) system. Siedzimy od rana w Dębicy, jest prawie 18, a przed nami jeszcze kilka godzin. Nie ma sensu przerywać i wracać do Krakowa, trzeba to dzisiaj skończyć. Faktem jest, że chłopaki już są zdrowo wykończeni, poza tym jest zimno i nic nie jedliśmy od rana, ale Dwaxel właśnie pojechał po pizzę, więc chociaż głodowi da się zaradzić. Jeśli nam się wszystko uda, będzie to chyba najnowocześniejszy i dający największe możliwości system detekcji gazu w Polsce. Znowu o duży krok przed konkurencją. To miłe, szczególnie że konkurencja ustami swojego prezesa oraz w formie pisma do naszego klienta stwierdziła, że tego się nie da zrobić. Tak podobno stwierdzili jego inżynierowie, o których publicznie i z dużym przekonaniem wyraża się, że są najlepszymi fachowcami tej branży w Polsce, wliczając w to pracowników firm zachodnich, działających w naszym pięknym kraju. A nasi inżynierowie usiedli, i rozwiązali temat teoretycznie w ciągu 15 minut! :P Teraz pora na praktykę. Trochę to jeszcze potrwa, chociaż już widać, że główne założenia się sprawdziły. System już działa, pozostała jeszcze do załatwienia wizualizacja komputerowa, ale też już jesteśmy na dobrej drodze. Nie przestaje mnie zadziwiać megalomania mojego byłego wspólnika, a obecnie konkurenta. Zadziwia mnie, bo połączona z ignorancją i niekompetencją, a z taką mieszanką mamy tu do czynienia, dawno już powinna spowodować upadek tej firmy. Na ich szczęście, ludzi, którzy rzeczywiście znają się na tych problemach nie ma w Polsce zbyt wielu, a zatem większości można bezkarnie wmawiać pewne rzeczy…. Ejże, czy aby na pewno bezkarnie? Coś kiedyś musi trzasnąć, a wtedy drzazgi się posypią. Jak to dobrze, że mnie tam już nie ma!

Podobno czeka nas jeszcze powrót zimy, i to na dniach. Ja w to nie wierzę, co nie znaczy, ze nie jest możliwe, ze raz czy dwa spadnie jeszcze jakiś śnieg, ale to już będą ostatnie podrygi. Skąd ta pewność? Otóż mam w domu najpewniejsze źródło wskazówek meteorologicznych. Jest to owczarek niemiecki o wdzięcznym imieniu Amelia. Od paru dni dom jest cały zasłany kłakami, ponieważ Amelia zmienia futro na letnie, a to najlepsza przepowiednia rychłej wiosny, która to przepowiednia nigdy dotąd nie zawiodła. I dobrze! Trzeba przyznać, że zima w tym roku trochę dała nam się we znaki, zresztą nam może nie aż tak bardzo, jak tym którzy muszą palić w kotłowni i osobiście odśnieżać posesję, a znam takich :P
Trzeba przyznać, że już widać różnicę. Dzień zrobił się wyraźnie dłuższy, coraz częściej pokazuje się słoneczko, a więc IDZIE WIOSNA. I dobrze!


  • RSS