Niby zupełnie różni, a jednak… oboje byli pewnymi symbolami polskiej kultury (bo była taka, oj była, i to często przez duże „K” – to dopisek dla młodych, co to im idolem Doda lyb, za przeproszeniem… Mandaryna) lat 60 i 70 ubiegłego wieku. Adam Hanuszkiewicz i Violetta Villas. On – wizjoner, erudyta, jako aktor powściągliwy lecz wyrazisty, jako reżyser nowatorski, niekiedy szokujący, ale to dzięki niemu przed teatrem stały kolejki młodzieży na przedstawienia według Wieszczów epoki romantyzmu (kto to teraz czyta, lub choćby ogląda?). Ona… diva na granicy kiczu, a czasem nawet mocno tę granicę przekraczająca. Te pióra, te etole, te kędziory bujne, i to słynne w Opolu po powrocie z Las Vegas: „My friend, Frank Sinatra, in Las Vegas…” Nie była w moim guście ani repertuarowo, ani w zakresie image’u… A jednak… głos, proszę szacownych krytykantek i krytykantów miała taki, że gdyby trafiła na właściwych ludzi i inny ustrój, mogłaby być jedną z największych div operowych świata.

Zmarli w odstępie jednego dnia… Szkoda!