Lenistwo lenistwem, zabieganie zabieganiem, ale teraz, gdy wróciliśmy po dwóch tygodniach ładowania akumulatorów w Borach, nic nie usprawiedliwi braku kolejnej notki. A już się zanosiło, że żadnego urlopu w tym roku nie będzie, bo nawał spraw był taki, że nie dało się ruszyć. Na szczęście jednak, acz z tygodniowym opóźnieniem, jednak pojechaliśmy. Jak było? Cudownie, jak zwykle w Borach. Przez pierwszy tydzień byliśmy sami z Wyspiarkę, potem pojawiło się towarzystwo, acz niewielkie. Pogoda jak na tegoroczne, zwariowane lato była całkiem przyzwoita, wszystkie okoliczne jeziorka na swoim miejscu, sauna działała, grzybki byli w ilościach może nieco zbyt skromnych, ale zawsze (Wigilia się odbędzie), Amelka tym razem nie dała nam dyla, cisza, spokój… Aż się oczywiście nie chciało wyjeżdżać. Ale nic to, było, minęło, teraz z naładowanymi akumulatorami czas wracać do pracy, a wrzesień to jeden z bardziej pracowitych miesięcy w roku. Cieszę się, że pod moją nieobecność Dwaxel świetnie sobie poradził z firmą. Co miało zostać zrobione, zrobione zostało, w tym jedna sprawa bardzo upierdliwa, z którą też sobie poradził :)
Martwi mnie tylko, że meteorolodzy straszą gwałtownym pogorszeniem się pogody, jakby mało było brzydkiej pogody tego lata.
Obiecałem sobie po urlopie częściej gościć na blogu. Zobaczymy, czy uda mi się dotrzymać tej obietnicy.
A póki co… jutro działamy w Bielsku (tak, tak, Koticzko), a potem jeszcze kupa innych wyjazdów. Wrzesień będzie trudny, oj trudny!