Zawsze uważałem, że wiosna to najpiękniejsza pora roku. Może dlatego, że urodziłem się w pierwszych dniach maja, a może po prostu dlatego, że obserwacja przyrody, budzącej się żywiołowo do życia po zimowej zapaści nieodmiennie mnie fascynuje i zadziwia. Jeszcze przed tygodniem modrzew, który stoi za moim oknem nieśmiało wypuszczał pierwsze, zielone igiełki. Dziś pyszni się już w całej swojej okazałości (a sięga sporo ponad dach czteropiętrowego budynku, w którym mieszkam), a zieleń, którą się pokrył jest tak żywa i intensywna, że aż przyciąga wzrok. Na kasztanie, którego widzę ze swojego balkonu są już całkiem duże pąki. Wkrótce zakwitnie, co zawsze kojarzy się z czasem egzaminów maturalnych. Matura… by Jove! Ile to było lat temu! W tym roku mija okrągła rocznica, i aż się boję napisać, która. Koledzy z klasy coś wspominają o spotkaniu, jakie by należało zorganizować. Mam w tej sprawie ambiwalentne odczucia, z większością z nich nie miałem kontaktu od tamtej pory poza dwoma odbytymi do tej pory spotkaniami, z których pierwsze, urządzone w 25 lecie matury okazało się pewnego rodzaju niewypałem. Bo ileż w końcu można oglądać zdjęcia dzieci, a w niektórych przypadkach już wtedy wnuków? Dziś, 15 lat później sądzę, że temat wnuków zdecydowanie by zdominował konwersację. Drugie spotkanie, w 30 rocznicę matury, było o wiele bardziej udane, ale to chyba dlatego, że odbyło się w znacznie mniejszym gronie osób, takich, co to przez całą szkołę średnią tworzyły zgraną paczkę. Myślę, że jeśli padnie propozycja takiego spotkania, wezmę w nim udział. Jeśli ktoś wymyśli kolejny „spęd całości”, chyba mnie tam nie będzie. Maj, matury… a nam coraz bliżej do emerytury. Aż się nie chce wierzyć, jak szybko przemijają lata. No i proszę, miało być wiosennie i optymistycznie, a wyszło… raczej nostalgicznie :P