Wracając do ostatniej notki….Jestem sobie w stanie wyobrazic, ze gdyby pewne okoliczności mojego życia nie ułożyły się tak, jak się ułożyły, gdybym nie znalazł się w określonym miejscu o określonym czasie, dziś mógłbym być nie tylko nie tam, gdzie jestem, ale i nie TYM KIM JESTEM… Osobny problem, to czy by to było lepiej, czy gorzej dla mnie. Uważam się za człowieka spełnionego, a czy w „innych okolicznościach przyrody” też bym się za takiego uważał?…. Po prostu nie wiem… Rozważania o determiniźmie też mi tego nie wyjaśnią. Jest czas na poszukiwania, ale później przychodzi czas na konsekwencje, jakie wiążą się z dokonanymi, lub… narzuconymi przez przypadek (bądź los?) wyborami, przychodzi czas uwarunkowań, nie tylko osobistych, ale i związanych z tymi, którzy pojawiają się w orbicie naszego życia. Życia, które, o czm myślę patrząc na stare, czarno-białe zdjęcia, bynajmniej nie jest czarno-białe, ale pełne rozlicznych odcieni szarości….Nie żyjemy, i to chyba dobrze, tylko dla siebie. Żyjemy również dla tych, za których wzięliśmy w jakiś sposób odpowiedzialność na różnym etapie naszego życia, dla partnerów, dla starzejących się rodziców, dla dzieci…. Nie można o tym zapominać, zwłaszcza jesli przychodzą nam do głowy pomysły, które tę delikatną równowagę między naszym bylem, a bytami innych, związanymi z naszym mogły by zakłócić….