wyspiarze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2009

Półmetek

1 komentarz

Niestety, już półmetek naszego tegorocznego urlopu. Mazury w sierpniu jak zwykle piękne, pogoda super, dziś chyba najgorsza od przyjazdu, a i tak ponad 20 stopni i bez deszczu. To bez deszczu, to z jednej strony dobrze, z drugiej (grzybowej), takie sobie. Z grzybkami średnio, nie to, żeby wcale, ale jakieś poważniejsze okazy typu prawdziwek jeszcze nie były uprzejme się ujawnić. Póki co, zbieramy w niezłych ilościach kurki (jak Młodzi przyjadą, jajecznica na kurkach pewna w poniedziałek na śniadanie), jest trochę maślaków i podgrzybków, mamy całe dwa prawdziwki. Czekamy na Młodych, którzy powinni przyjechać jutro późnym wieczorem lub w poniedziałek. Na wtorek mamy wstępnie zarezerwowaną „Omegę” w Ostródzie. Koniki też czekają, mam nadzieję, że sobie nas przypomną z dawnych lat. Nie ma już niestety miejscowego sklepu z pysznym Irisch Beer. Sympatyczny Pan Ignacy, który go prowadził nagle zszedł był z tego świata w pierwszy Dzień Świąt Wielkanocnych. Znaleźliśmy wykaz sklepów w Olsztynie, które ten specjał prowadzą, i staramy się utrzymywać jego zapasy w lodówce na stałym poziomie. Pewnie się nawet nie spostrzeżemy, kiedy trzeba będzie wracać do domu… No cóż, wszystko co miłe, szybko się kończy… :P

Wąąążżż

1 komentarz

Wychodzi Wyspiarz rankiem z domku, przecierając zaspane nieco oczęta, patrzy, a tu przed wejściem, na kamiennym tarasie, pełznie sobie całkiem spory, brązowy wąąążżż. Węży Wyspiarz bardzo nie lubi, powziął był również podejrzenie, że to wcale ąż być nie musi, ale może to zwykły, nieszkodliwy padalec, który jest przecież jaszczurką, ale ma to nieszczęście, że nie posiada nóżek, i bardzo węża przypomina. Ale jeśli brązowy wąż jest wężem, to może być miedzianka, jeden z bardziej jadowitych gatunków żmiji. Co prawda wydawało mi się, że miedzianki, to raczej w Bieszczadach, ale licho wie, czy na Mazurach też ich nie ma. Nie studiowałem serpentologii, a ryzykować nie miałem zamiaru. No dobra, ale co z tym fantem zrobić? Stwór wcale nie wyglądał na specjalnie przestraszonego, Wyspiarka stanowczo odmówiła wyjścia z domu, Amelia za to zdawała się dość zainteresowana, i w tym był problem, bo gdyby to rzeczywiście była miedzianka, mogłaby psisku zrobić krzywdę. Myślałem, że wystraszę indywiduum, trącając je parasolem, ale wręcz się ożywiło i zaczęło przyjmować jakieś pozy, które uznałem za agresywne. Pomyślawszy mało-wiele Wyspiarz wpadł był na pewien pomysł. Nie bacząc na zagrożenie życia ujął był w dłoń szczypce do grilla, i jednym zdecydowanym ruchem, jak to napatrzył się na różnych „National Geographics” czy „Animal Planet” złapał gada szczypcami za kark, zaraz za głową. Potwór zwijał się jak sprężyna, ale nic nie mógł poradzić, wyniosłem go na pobliską łąkę i wyrzuciłem, po czym rzuciłem się do komputera sprawdzać, z czym to w rzeczywistości stoczyłem tę ryzykowną, acz zwycięską batalię. No cóż, miałem okazję dokładnie sobie owego stwora obejrzeć. Po konfrontacji z Wikipedią nie mam najmniejszych wątpliwości… to był jednak padalec. I dobrze, bo wypuściłem go niezbyt daleko od domu, a perspektywa powrotu wściekłej miedzianki jakoś mi się nie uśmiecha. Taki to poranek zafundowały nam Mazury w dniu dzisiejszym.

Mazury

1 komentarz

Po 7 godzinach jazdy (wynik uwazam za niezly bo biorac pod uwage prawie
600 km po polskich drogach, kilka miast do przejechania i mnostwo
przeszkod zwiazanych z modernizacja drog, trzeba bylo reszte trasy
jechac „ambitnie”) dotarlismy do R, naszego urlopowego miejsca w tym
roku. Musze powiedziec (napisac), ze bylem pozytywnie zaskoczony.
Rozlegly dom, z duza iloscia miejsc goscinnych, spory ogrod z grillem,
piaskownica dla dzieci (polubila ja Amelia), tuz obok las, jezioro…
coz wiecej moze byc potrzebne do wypoczynku. Poki co, nie wyjasnilem
jeszcze sprawy zaglowki do wynajecia, zajme sie tym od jutra, ale za to
wiem, ze koniki sa do dyspozycji. A wogole, to juz mysle o jesieni…
Lato sie, kurcze, szybko konczy, a jesien… jest jesienna, cokolwiek
to znaczy. Dzis na pierwszym spacerze znalezlismy pierwsze w tym roku
grzyby. Nie ma ich nadmiernego wysypu (jeszcze), moze zdaza sie wysypac
przed naszym wyjazdem. Siedze sobie wlasnie przy grillu, karkoweczka
juz zjedzona, pozostaly nieco trudniejsze do zgrillowania zeberka, pod
to oczywiscie niezawodny „Nemiroff”. Urlop, kurcze, urlop.

W sobotę bladym świtem wyjazd. Dawno już nie był tak nam potrzebny jak w tym roku. Nawał zdarzeń, intensywna praca, ostatnio trochę problemów zdrowotnych Amelki, zakończonych wczorajszym przecięciem pozostałości ropnia i wyłyżeczkowaniem, resztek ropy, wszystko to powoduje, że zarówno fizycznie jak i psychicznie jesteśmy oboje zmęczeni. Nic nie wskazuje jeszcze rychłego wyjazdu, z pakowaniem ze względu na Amelkę, która w czasie przygotowań wyjazdowych wpada w amok, musimy czekać do ostatniej chwili. Mimo to w wyobraźni widzę się już z nogą w strzemieniu. Teraz tylko przerzucić drugą nogę przez siodło, i…hajda!

Czyniąc przygotowania do nadchodzącego za niespełna dwa tygodnie wyjazdu na Mazury, Wyspiarz, który zamierza tym razem przypomnieć sobie, jak to bywał wilkiem morskim (no dobra, śródlądowym, na morzu żeglowałem tylko raz) wydobył był z czeluści domowych archiwów mocno sfatygowany dokument, który być może będzie mu przydatny do realizacji tych planów. Dokument wydany przez Polski Związek Żeglarski (Polish Yachting Assciation) w dniu 17.VI.1970 z numerem 5906/KR roku nosi dumną nazwę SPORTOWA KSIĄŻECZKA ŻEGLARSKA (Yachtsman’s book). Sfatygowana, acz misternie posklejana przez Wyspiarkę jest owa książeczka z prozaicznego powodu, iż kilka wywrotek, zwłaszcza w pierwszej fazie nabierania doświadczeń żeglarskich, zaliczyłem, nie wypieram się, a książeczka zawsze mi w tych incydentach towarzyszyła.
Otwieramy… Pierwsze zaskoczenie – zdjęcie. TO JA KIEDYŚ NAPRAWDĘ TAK WYGLĄDAŁEM? Na drugiej stronie posiadane stopnie żeglarskie: 1.IX.1970, żeglarz. 1.VIII.1971, sternik jachtowy, obok numery patentów. Na dalszych stronach przynależność klubowa (wtedy ZHP, Komenda Chorągwi Krakowskiej, Referat Wychowania Morskiego i Wodnego). Dalej miejsce na wpisywanie pełnomorskich rejsów żeglarskich (puste), na następnych stronach wpisy o rejsach po wodach osłoniętych i śródlądowych. No tak, tu wpisów sporo, począwszy od kursu żeglarskiego na Jeziorze Rożnowskim w sierpniu 1970, gdzie „zaliczyłem” pierwsze w życiu lądowanie w wodzie po uderzeniu bomem w łeb oraz, jak wszyscy nowicjusze bywałem wysyłany z wiaderkiem do bosmana po kilwater lub polecano mi wybranie wody ze skrzyni mieczowej. Potem wpisy z kolejnego roku, z obozu żeglarskiego na Mazurach w czerwcu 1971. Kolejne porty: Węgorzewo, Trygort, Giżycko, Wilkasy, Rydzewo (gdzie ciekawe przeżycia, zwłaszcza kulinarne, podczas tegorocznego rejsu miała nasza młodzież), Szymonka, Mikołajki, Ruciane-Nida, Wiartel, Wierzba, Pisz, Łukajno …. ileż wspomnień z każdego z tych miejsc. Kura, złapana na wędkę i pieczona w glinie w ognisku, wieczory przy gitarze i ognisku, stadnina koni mijana po drodze i konne przejażdżki pod czujnym okiem jej dyrektora, rotmistrza kawalerii z czasów wojny… Ile przyjemności można doznać, oglądając stary, sterany wiekiem dokument. A więc, aby do urlopu, a wtedy wiatr znów zaświszcze w wantach…


  • RSS