wyspiarze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2009

   Dość dawno nie pojawiałem się na blogu (choć i tak nie należę w grupie zaprzyjaźnionych blogerów do outsider’ów), ale to z powodu natłoku wydarzeń. Normalna praca, prawie codzienne wizyty u Mamy, która jest na turnusie rehabilitacyjnym, do tego, szczęśliwie już zakończona przprowadzka Aglais i Dwaxela, wszystko to spowodowało, że moja częstotliwość zaglądania na blog znacznie się zmniejszyła. Co spowodowało, że dziś się jednak pojawiłem? Oczywiście przypadający w dniu jutrzejszym Dzień Matki. Moim zdaniem to jedno z najważniejszych świąt w roku, dzień, w którym ci wszyscy, którzy mają szczęście mieć Mamy (w tym ja) mają okazję podziękować im za wszystko, za ból przy naszym przyjściu na świat, za niepokój i łzy przy łóżeczku chorego dziecka, za ciepło i pewność bezpieczeństwa w ich ramionach, za opatrzone rozbite kolana, za rady, za dumę z naszych osiągnięć, za troskę o nasze szczęście i pomyślność, niezależnie od tego ile mamy lat. Ktoś kiedyś śpiewał: „Mama, to najpiękniejsze słowo świata”. Coś w tym jest! :D

    Nie ukrywam, że tę notkę zainspirowało utworzenie przez Kruka portalu anarchistycznego. Właściwie, to powinienem ją wpisać jako komentarz u Niego, ale obawiam się, że jak na komentarz miałaby za dużą objętość. Poszukiwanie zmian ustrojowych jest nieodłącznym atrybutem rozwoju ludzkości, a zwłaszcza ludzi młodych. Pytanie tylko, czy anarchia jest lekiem na cokolwiek (czytaj globalizację i kryzys)? Wszak zakłada ona brak jakiejkolwiek władzy państwowej, co w sposób nieunikniony musi prowadzić do dezorganizacji i pełnego chaosu. Założenie, że w razie braku państwa, powstaną samorzutne, spontaniczne związki pomiędzy producentami a konsumentami jest czystą utopią, nie mówiąc już o tym, że dziwnie zatrąca mi dalszym rozwojem w stronę komunizmu. Wszak idee anarchistyczne sięgają genezą starożytności, bo anarchistyczny wydźwięk miały niektóre aspekty filozofii sofistów, stoików i cyników, negujących konieczność istnienia państwa. Bunt przeciw wszelkim instytucjom, ograniczającym wolność jednostki może się oczywiście podobać, zwłaszcza ludziom młodym, ale po chwili zastanowienia dojdziemy do wniosku, że ogranicza naszą wolność wszystko: społeczeństwo, przyjęte normy postępowania, naród, a nawet rodzina. Czy wobec tego prawdą jest teza, że człowiek jest istotą społeczną? Jeśli tak, anarchia jest sprzeczna z naturą człowieka, jeśli nie, to faktycznie trzeba emigrować na Yukon i tam stworzyć… chwilę, tu moment zawahania. Co stworzyć? Jakąś utopijną krainę absolutnej wolności? Jakieś zbiorowisko ludzkie oparte na dobrowolnej przynależności? Zaczynamy w tym momencie niebezpiecznie zbliżać się do tworzenia zasad i struktur, a to przecież absolutnie sprzeczne z ideą anarchizmu. Więc może pójść w stronę kolektywizacji? Brak własności prywatnej, wszystko wspólne, może także żony i dzieci? I znowu skręcamy ku komunizmowi, co mnie się akurat nie podoba! Konkluzja? Moim zdaniem wskazane by było ograniczenie władzy biurokratów, bardziej równy i sprawiedliwy podział dóbr, zmniejszenie roli państw, ale w moim głębokim przekonaniu, nie da się tego zrobić, zwłaszcza w oparciu o ideologię anarchistyczną, zresztą również nie komunistyczną, bo i to gdzieniegdzie już przerabiano, czasem, jak w Kambodży w karykaturalnej i tragicznej dla ludności formie.  Dlatego będę z zaciekawieniem obserwował rozwój potralu Kruka, ale nie wydaje mi się, abym mógł stać się jego entuzjastą!

   Kolejna trasa na północny-wschód Polski za nami. Ale nie o pracy chcę tym razem napisać, ale o urodzie tej krainy. Zjechaliśmy pół Mazur i Podlasie, od Sejn począwszy. To naprawdę piękne tereny. Urozmaicony, pagórkowaty krajobraz, mnóstwo lasów o pięknych o tej porze roku odcieniach zieleni, przebłyskujące pomiędzy gałęziami lazurowe lub zielonkawe tafle jezior, coraz bardziej zadbane gospodarstwa, nawet drogi w większości zupełnie przyzwoite, a podróżowaliśmy głównie bocznymi. Fakt, że przeważnie słoneczna pogoda, jaką udało nam się napotkać, stanowiła dodatkowy walor tej podróży. Mijaliśmy miejsca, w których aż się prosiło aby przystanąć i wyciągnąć się na szmaragdowej trawie na brzegu wody. Czarna Hańcza, przez którą przejeżdżaliśmy w drodze do Sejn kusiła przezroczystą tonią. Nie zatrzymywaliśmy się jednak, bo gnała nas chęć maksymalnego skrócenia czasu, spędzonego poza domem. Musieliśmy się zadowolić widokami, przemykającymi za szybami rozpędzonego auta. Dzięki solidarności użytkowników CB-Radio nie „zaliczyliśmy” żadnego mandatu za prędkość, choć nasza „Cytrynka” (tak pieszczotliwie nazywamy Citroena Berlingo, którym się przemieszczaliśmy) chwilami wzbijała się na wyżyny swoich możliwości. Michał mówi, że marzy Mu się kiedyś domek letni w tych rejonach, a ja z westchnieniem lekkiej melancholii zazdroszczę Mu trochę, że tyle jeszcze przed nim. Dopiero wjazd na teren centralnego Mazowsza, które moim zdaniem jest najbrzydszym obok okolic Łodzi fragmentem naszego kraju studzi nasze krajobrazowe zachwyty. Nie na długo zresztą. Wjeżdżamy w Świętokrzyskie, i znowu jest pięknie. A potem Małopolska, gdzie jest najpiękniej, bo coraz bliżej domu… :P

   Awantura, rozpętana wokół obchodów 20-tej rocznicy wyborów 4 czerwca potwierdza beznadziejną jakość polskiej tak zwanej „klasy politycznej”. Nie chce mi się nawet tego komentować. Moją uwagę zwróciła natomiast wypowiedź Stefana Niesiołowskiego, z którym nie zawsze się zgadzam, ale tym razem tak. Stwierdził on mianowicie, że dzisiejsza „Solidarność” nie ma moralnego prawa używać tej nazwy, ponieważ będąc praktycznie przybudówką (by nie powiedzieć bojówką) PiS-u, nie ma nic wspólnego z 10-milionowym ruchem społecznym ludzi o różnych wprawdzie poglądach (byli tam także członkowie PZPR), ale mających świadomość konieczności wprowadzenia zmian politycznych. Byłem w „Solidarności” od początku, także przez cały stan wojenny,  w wyborach 4 czerwca byłem w jednej z krakowskich komisji wyborczych mężem zaufania ze strony „Solidarności”, utożsamiałem się z tym ruchem. Z dzisiejszą „Solidarnością” nie utożsamiam się w najmniejszym stopniu. Stała się trampoliną do karier politycznych swoich przywódców, a tak zwani „związkowcy” to w znakomitej większości grupa zadymiarzy, dla których rozróba jest celem samym w sobie. I dlatego wydaje mi się, że grupa historycznych działaczy „S” powinna dążyć do tego, aby tę nazwę raz na zawsze zachować w muzeum, a nie pozwalać jej rozmieniać na drobne. Mam nadzieję, że kiedyś do tego dojdzie! Nazwa i logo „Solidarność” powinna podlegać takiej samej ustawowej ochronie jak flaga lub godło.

   Dziś w klepsydrze danych mi jeszcze lat przesypało się kolejne ziarnko piasku. W dolnym stożku klepsydry usypała się już pokaźna kupla. Górny stożek z matowego szkła zazdrośnie strzeże widoku swojej zawartości. Ile tam jeszcze zostało ziaren? Jedno, kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt? Nie wiem, i chyba nie chcę wiedzieć. A poranek dziś taki piękny, słoneczko przygrzewa – chce się żyć! Pod uśpionym jeszcze domem kołyszę się miarowo na ogrodowej huśtawce. W nogach przysiadł wierny towarzysz – pies. Czas i miejsce w sam raz do zastanawiania się nad dotychczasowym życiem. Wczorajszy wieczór spędziliśmy z Młodymi i rodzicami Asi na majówkowym grillu. Wszyscy jeszcze śpią, tylko ja, urodzony 3 maja o 4:13 rano nie mogę wytrzymać w łóżku – widać ten akurat dzień muszę rozpoczynać wcześniej. Mam to, od kiedy pamiętam :P
   Syna spłodziłem, dom (no dobrze, mieszkanie, ale własne) mam, drzewo posadziłem niejedno. A przecież jest jeszcze po co żyć! Miło by było doczekać wnuków (na prawnuki chyba nie mam szans, zbyt późno postarałem się o progeniturę), zobaczyć jak Młodzi krzepną na własnym gospodarstwie, doprowadzić firmę do stanu, kiedy bez obaw o jej rozwój i przetrwanie będę mógł ją przekazać Michałowi. Dziś, jak w każde kolejne urodziny czas na reflrksje. I tylko to kolejne ziarnko piasku w klepsydrze uwiera jak kamień w bucie. Całe szczęście, że dzień taki piękny :P

Obserwuję
ostatnio u niektórych osób przedziwne zjawisko. Nie dziwi ono na przykład u
polityków, którzy dla doraźnych korzyści są w stanie przedstawić wyborcom do
wierzenia największe głupstwo, jak choćby to, że niejaki Lech K. (ten z
pieprzykiem) miał cokolwiek wspólnego z przyznaniem Polsce organizacji Euro
2012. To normalka, zwłaszcza dla tego akurat ugrupowania. Gorzej, jeśli rzecz
dotyka tak zwanych normalnych ludzi z kręgu znajomych (na szczęście dalszych
niż bliższych). Przykłady? Proszę bardzo: 
Spotkałem niedawno Halinę, koleżankę ze szkoły średniej, która przed
maturą „chodziła”, jak to się wtedy mówiło, z kolegą z tej samej klasy.
Pogadaliśmy, dowiedziałem się, że od kilku lat jest rozwiedziona, i nagle, ku
swemu niebotycznemu zdziwieniu słyszę:

- Jurek (to ten były jej
chłopak z klasy) napisał do mnie na „naszej-klasie”, że jeśli tylko zechcę,
rozwiedzie się, żeby być znowu ze mną. Ponoć jego rodzice do dziś robią mu
wymówki, że to nie ze mną się ożenił.

Nie
skomentowałem, ale że akurat z Jurkiem, i jego przemiłą żoną, Basią, której
moim zdaniem Halina nie dorasta do pięt ani pod względem urody ani intelektu,
utrzymuję kontakty towarzyskie, o czym Halina chyba nie wiedziała, przy
pierwszej okazji dyskretnie zapytałem go, czy to wszystko prawda.

Jurek popatrzył na mnie jak
na wariata, wymownie popukał się w czoło i oświadczył:

- Halina zaprosiła mnie na
„naszej-klasie” do grona znajomych. Zaproszenie przyjąłem, bo czemu nie?
Napisała do mnie kilka słów z pozdrowieniami i informacją, że jest
rozwiedziona. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale kurtuazyjnie odpisałem, że
przykro mi, że jej w odróżnieniu ode mnie życie się nie ułożyło. Po kilku
dniach napisała, że proponuje spotkanie na kawę. Odpisałem żartobliwie, że nie
mogę się z nią spotkać, bo mam bardzo zazdrosną  żonę. Na tym wymiana
korespondencji się zakończyła.

- No a rodzice, faktycznie
robią ci wymówki? – spytałem.

- Skąd! Uwielbiają oboje
Basię, żadne z nich nie mówi do niej inaczej jak „córeczko”, to jakaś kompletna
bzdura! – Jurek wyraźnie się zdenerwował.

                        Pomyślałem wtedy, że Halina się pewnie
chciała w moich oczach dowartościować. Może nie chciała dla mnie wyglądać na
taką, jaką faktycznie jest – zgorzkniałą, samotną kobietę. Tyle że, jak myślę,
nie tylko ja słyszałem te „rewelacje”. 
Jeśli ktoś „życzliwy” zechce je przekazać Basi, może wprowadzić w
małżeństwo moich przyjaciół trochę zamieszania. Nie wierzę w jakieś ostateczne
skutki, bo jak widzę oboje bardzo się kochają i mają do siebie zaufanie, ale
miłe to dla nich nie będzie. A może Halina żyje w swoim wydumanym świecie, w
którym nie ma miejsca na realną ocenę sytuacji?

                        Tak, czy owak – nic jej nie usprawiedliwia.


  • RSS