wyspiarze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2009

Gitara

5 komentarzy

   Ostatni raz trzymałem w ręku gitarę podczas ubiegłych wakacji. Od powrotu tkwi w swoim futerale, a mnie nawet nie przychodzi do głowy by ją uwolnić i wydobyć akord. Wtopiła się w krajobraz pokoju i nie zaprząta sobą mojej uwagi. Opuszki lewej dłoni, kiedyś stwardniałe od przyciskania strun, dziś są miękkie i delikatne. Pewnie do wyrażania swoich nastrojów i emocji przez muzykę, podobnie jak przez wiersz, potrzebny jest specyficzny rodzaj natchnienia, jakiś bodziec, który każe mi rozpiąć zamek pokrowca i wydobyć gitarę na zewnątrz. Wyjmuję gitarę na światło dzienne. Jest piękna! Kształtem przypomina kobietę o wciętej talii, cała jest harmonią, symetrią. Lekko uderzam w struny. O dziwo, podczas tych kilku miesięcy bezczynności nie rozstroiła się. Uderzam liryczny a-moll, po którym dłoń na gryfie sama układa się w akord C-dur. Pozwalam ręce samej decydować o kolejnych akordach i z niejaką ciekawością usiłuję rozpoznać melodię, która się pojawia. Po C-dur idzie D-dur, dłoń sama układa się na F-dur… Zaczynam poznawać melodię, powtarzam poprzednią sekwencję, lecz zakończoną durowym E, potem całość jeszcze raz, lecz trzy ostatnie akordy to a-moll, E-dur, i znowu a-moll. Ci, którzy choć lekkie mają pojęcie o tym instyrumencie, już wiedzą, co mi się zagrało (prawda Edi?):”The house of the rising sun” Animals’ów. Ciekawe, czemu akurat to? No cóż, w ileż to nocy przy ognisku na różnych szlakach, jakie przychodziło mi pokonywać w młodości, brzmiała ta melodia. Kiedyś nawet znałem jej tekst, i to zarówno po angielsku, jak i po polsku.
Z pewnym rozczuleniem, spowodowanym wspomnieniami kontynuuję eksperyment. Znów liryczny a-moll, a zaraz potem E-dur, znów powrót na a-moll i przejście w septymowe A. Już wiem! Teraz musi być C-dur, G-dur i znów C-dur… Oczywiście! „Puszkin” Okudżawy. To, że akurat ten utwór niemal podświadomie zagrałem, jakoś mnie nie dziwi. Uwielbiam Okudżawę, a „Puszkina” i „Francois Villon” w szczególności. Tą miłością zaraziłem nawet Młodych, i gdy zdarza się rzadka okazja, że usiądziemy razem przy ognisku, a ja mam pod ręką gitarę, domagają się tego repertuaru. Zastanawiam się, po co ta notka? Chyba by przywrócić dawnych wspomnień czar … :P

   Tak zwane środki masowego przekazu od kilku dni obiegają informacje o zakupach kancelarii… tego, no wiecie, dość pokaźnych ilości alkoholu w buteleczkach po 50 mg, zwanych potocznie „małpkami”. Trwają rozliczne, związane z tym spekulacje, w których przewijają się sugestie, iż rzeczony, no wiecie kto, ma problemy alkoholowe. Ja tam nie wiem, może ma, może nie ma, w zasadzie guzik mnie to obchodzi, choć tłumaczyłoby wiele zachowań, ale bulwersuje mnie jedno. Otóż indywiduum to, dzięki decyzji stosunkowo dużej grupy dorosłych Polaków (to ich decyzja i ich wstyd!) ma robotę, w której nie najgorzej się zarabia. Ja, zarabiając nieporównywalnie skromniej, jeśli mam ochotę sobie „walnąć banię”, udaję się do najbliższego sklepu monopolowego, gdzie drogą kupna wchodzę w posiadanie stosownej ilości C2H5OH w stężeniu i gatunku, jaki aktualnie mam zamiar spożyć, po czym spożywam. Tymczasem, o ile jest prawdą to, co sugerują niektórzy, owe indywiduum spożywa za Twoje, moje, Wasze, czyli podatników pieniądze! I to mnie niepomiernie wkurza! Rzecz dotyczy nie tylko tego konkretnego przykładu. Rozumiem, że trudno, aby w sferach dyplomatycznych i rządowo-prezydenckich, nasi „władcy” i ich goście musieli płacić za to, co zeżrą i wychleją, bo tak nie ma nigdzie na świecie, ale żebym z drugiej strony nie mógł na koszt firmy zaprosić kontrahenta, z którym robię interesy, na kolację na koszt firmy? To jakaś totalna paranoja! Jak zwykle w świetle prawa są równi (t.zw. „zwykli ludzie”), i równiejsi (t.zw. „elyty”). I szlag mnie trafia z tego powodu, czego przejawem jest niniejsza notka!
   A swoją drogą, ma osoba problem alkoholowy, czy nie ma? Ciekawostka ornitologiczna! :P

   Przypomniało mi się, jak kiedyś dyskutowałem ze swoim przyjacielem o przyjaźni męsko – damskiej. Ja byłem zdania, że taka przyjaźń bez żadnych podtekstów seksualnych jest zupełnie możliwa, jako że sam przez okres studiów miałem bardzo dobrą przyjaciółkę. Wzajemnie się sobie zwierzaliśmy, doradzaliśmy sobie, wspólnie się uczyliśmy (najczęściej nocami, bo oboje byliśmy nocnymi markami i lubiliśmy uczyć się w nocy). Była bardzo atrakcyjną dziewczyną, a i ja wtedy byłem dość przystojnym młodym człowiekiem, jak mi się zdaje, gdy patrzę na stare zdjęcia. Mimo to nie doszło między nami do żadnych kontaktów fizycznych, nawet pocałunku. Każde z nas było w mniej lub bardziej stałym związku (Barbara wyszła później za mąż za swego ówczesnego partnera), nie mieliśmy praktycznie przed sobą tajemnic. Mój przyjaciel twierdził, że taka przyjaźń nie jest na dłuższą metę możliwa, a to, że między mną i Barbarą nic się nie wydarzyło wynikło tylko stąd, że po studiach nasze drogi całkowicie się rozeszły.
   Skąd takie wspominki? Otóż przeczytałem właśnie o bardzo aktualnie modnym na zachodzie, zwłaszcza w USA zjawisku „friends with benefits” (przetłumaczono: „przyjaźń z dodatkowymi świadczeniami”). FWB cechuje to, że tworzy się ją na wynegocjowanych precyzyjnie warunkach. Wszystko, również seks, zarówno jego częstotliwość, jak i kwestie zazdrości, antykoncepcji czy wchodzenie jednocześnie w inne związki, jest przedmiotem precyzyjnych ustaleń. Przede wszystkim jest to jednak relacja przyjacielska, w której, cytuję: „na pierwszym planie są szczerość, wsparcie, akceptacja, obecność”. Zakłada się z góry, że związek ma charakter tymczasowy i zakłada się brak zazdrości.
   Zjawisko FWB zadziwia mnie. Zastanawiam się, czy mógłbym w takim związku funkcjonować? Z jednej strony z całą pewnością mogę stwierdzić, że moja żona jest moim najlepszym przyjacielem, i tu mamy punkty zbieżne. Z drugiej – pewnie by tak nie było, gdybyśmy z góry zakładali tymczasowość naszego związku, no i gdyby nie było między nami związku uczuciowego. Po przemyśleniu dochodzę do wniosku, że FWB jest pewnego rodzaju ideologią, dorabianą do wolnych związków o podłożu głównie seksualnym. Całe te historie o przyjaźni, trwającej niejako „obok” związku erotycznego, są moim zdaniem tylko usprawiedliwieniem obawy przed wchodzeniem w związki uczuciowe, lub nieumiejętności ich zawierania.  Być może, z punktu widzenia ludzi młodych wygląda to inaczej, ale z perspektywy mojego wieku i stażu małżeńskiego, wygląda to właśnie tak.

                Balkon trzeciego piętra jest
niezłym punktem obserwacyjnym, umożliwiającym śledzenie zawziętych kampanii
śmigusowo-dyngusowych. Widać, że w tych małych, ośmio, może dziesięcio-letnich
chłopcach odzywają się nieuświadomione nawet, pierwotne instynkty łowców. Łączą
się w grupy łowieckie, wkrótce daje się zauważyć ich hierarchiczna struktura.
Kreują się naturalni przywódcy, najczęściej są to chłopcy wyglądający na nieco
starszych lub przynajmniej większych od pozostałych, ale nie jest to niezłomną  regułą. Oto jedną z grupek wyraźnie rządzi,
na oko dziewięciolatek, w zielonej kurtce. To on rozdziela zadania, do niego
garną się pozostali, choć są wśród nich 
więksi i chyba nieco starsi od niego. Ustalają taktykę. W polu widzenia
pojawiają się dwie chichoczące, rozglądające się nerwowo dziewczynki. Mają po
11, 12 lat. Jeden ruch ręki małego w zielonym, i trzech chłopców galopem wbiega
za najbliższy blok. Domyślam się po co. Po chwili widzę ich wyłaniających się
za dziewczynami. Droga ucieczki dziewczyn zostaje zamknięta. Pozostali chłopcy,
przyczajeni za rogiem, czekają na właściwy moment.

-
Teraz! – krzyczy wysokim głosem przywódca, i gromada chłopaków, dzierżących w
dłoniach rozliczne urządzenia do miotania wody wyskakuje z zasadzki. Piski
kompletnie mokrych po chwili dziewczyn niosą się po całym osiedlu.

                Druga grupka, młodszych jeszcze
napastników, stosuje mniej finezyjną taktykę. Widząc potencjalną ofiarę, a
wybierają zwykle dziewczyny starsze od siebie, rzucają się tłumnie z wrzaskiem
w jej stronę. Zazwyczaj nie osiągają celu, bo dziewczyny biegają równie szybko
jak oni.

                Najciekawsze są obserwacje
zachowań tych dzieciaków, kiedy nie ma w polu widzenia potencjalnych
ofiar.  Widać, że niewyładowana agresja
wzbudza ich nienaturalne ożywienie. Po chwili najmłodsi, niby żartem, zaczynają
się wzajemnie polewać. Nie mija nawet kilka minut, a bratobójcza walka między
dotychczasowymi sojusznikami trwa w najlepsze. Kończy się, jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki, kiedy tylko pojawi się  ktoś, kogo można wspólnie zaatakować. Grupa
natychmiast znów się konsoliduje i działa zgodnie i celowo.

                Nieodparcie nasuwają mi się
analogie do polskiego życia politycznego. W poszczególnych partiach, nawet tych
najbardziej wodzowskich, jeśli występują przeciwko celowi zewnętrznemu,
następuje zwarcie szyków i wspólna akcja. W okresach, kiedy zewnętrzny
przeciwnik nie zagraża, niemal natychmiast zaczynają się rozgrywki,
podgryzanie, próby eliminacji bardziej wpływowych jednostek. I tak aż do czasu
następnego zewnętrznego zagrożenia.

                I takie oto dywagacje przychodzą
mi do głowy na widok bawiących się w śmigus-dyngus dzieciaków :P

   Wielkanoc za pasem, więc na czasie wydaje się notka, której motywem przewodnim jest jeden z wielkanocnych symboli – jajco. Symbol odnawiania się życia, początku, nieodparcie kojarzące się z wiosną. Lubię jajka w każdej postaci, od jajecznicy uważam się za mistrza, jadam na twardo, na miękko, sadzone, czasem jako kogel-mogel. Na wielkanocnym stole króluje zawsze wielki półmisek z jajkami. Kiedy Michał był młodszy, malowaliśmy wspólnie pisanki, dziś zadowalamy się zabarwianiem ich łupinami cebuli. Wielanoc to optymizm, odnowa, nadzieja. Również ponoć czas wybaczania uraz, choć ja akurat nie czuję w tym okresie jakiś nadzwyczajnych pokładów miłosierdzia w stosunku do tych, którym zdarzyło się zachować w stosunku do mnie po świńsku. No cóż, nie należę do tych, którzy nadstawiają drugi policzek… W każdym razie, wszystkim Czytelnikom tego bloga szczerze i serdecznie w swoim i Wyspiarki imieniu życzę Wesołych Świąt, smacznego jajka i mokrego dyngusa. Swoją drogą, cz ktoś mnie oświeci, czy dyngus jest zwyczajem czysto polskim, czy też można go spotkać np. na Zielonej Wyspie?

   Wczoraj na „naszej-klasie” nawiązał ze mną kontakt kolega z podstawówki, jak się okazało od 25 lat mieszkający w Niemczech i tam zadomowiony na tyle, że nie myśli o powrocie. Na szczęście zanim zaprosiłem go do grona znajomych, wymieniliśmy korespondencję, po prostu chodziło mi o weryfikację, czy to z całą pewnością on. No i już go nie zaproszę, choć weryfikacja potwierdziła jego tożsamość. Zraziło mnie, że tak bardzo utożsamia się ze swoim miejscem zamieszkania, że nie wyraża się inaczej niż „u was w Polsce” lub „u nas w Niemczech”. Według mnie fakt zamieszkiwania poza krajem nie powinien powodować całkowitego odcięcia się od korzeni, mnie to jednak denerwuje. Niestety inne sprawy, które poruszył mój znajomy, jako Polaka mnie zabolały, tym bardziej, że nie mogłem nie przyznać mu racji. Chodzi oczywiście o postrzeganie naszej klasy politycznej, ze szczególnym uwzględnieniem płaskołapego kurdupla, pełniącego nizrozumiałym dla mnie zbiegiem okoliczności funkcję, do której nadaje się tak, jak ja na primabalerinę :P Wygłupy owegoż w Brukseli (jeszcze raz brawo Asiu za „kaczkę po brukselsku”), a ostatnio głośne już, jak się okazuje poza naszymi granicami, poparcie Rasmussena na szefa NATO wbrew stanowisku rządu i napuszone deklaracje, że tego indywiduum z racji urzędu nie obowiązują żadne rządowe instrukcje, są żywo i z dużą dozą ironii komentowane, nie koniecznie w sposób sympatyczny dla Polski. No cóż, sami sobie zgotowaliśmy ten los, choć ani ja, ani, według mojej wiedzy, nikt z moich znajomych, swojego głosu do tego nie przyłożył. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że po następnych wyborach przestaniemy się wstydzić za naszą „głowę”.

   Od dwóch dni wreszcie wiosna. Dochodzi 19-ta, a na moim balkonie 20 stopni. Trawka zielenieje dosłownie w oczach, pąki na drzewach pojawiają się z godziny na godzinę, a jam dziś smutny wielce, bo Wyspiarka wyjechała na week-end na doroczne spotkanie swoich pacjentów po przeszczepie serca, i ostaliśmy się z Amelką jako te dwie sirotki. Najchętniej bym przespał do niedzielnego wieczora, kiedy to moje Szczęście Małżeńskie powróci w domowe pielesze, ale po pierwsze, czym człowiekowi lat przybywa, tym potrzeba snu się zmniejsza, a po drugie, Amelia ma swoje prawa, i conajmniej trzy razy dziennie trzeba z nią wychodzić na spacer. Pozostaje więc lektura i jakaś kretyńska TV, w której jak na złość nic specjalnego nie ma. Pokładałem pewne nadzieje w bogatej filmografii, w której posiadaniu jesteśmy, ale się okazało, że po ostatniej „wywrotce” laptopa, gdzieś się zapodział program do odtwarzania DVD, a płytki instalacyjnej nie mogę odszukać. Szczęście w nieszczęściu, że Dwaxel ma, i obiecał mi jutro zainstalować. A dziś, no cóż,pogrążymy się we wspomnienia i rozpamiętywania. Byle nie zaowocowało to znow jakąś głupią notką, lub, co gorsza „utworem poetyckim” :P


  • RSS