wyspiarze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2008

Kwadratowy,drewniany, zegar z kolumienkami i złotą tarczą, symboliczny, urodzinowy prezent. Stoi i bezczelnie odmierza kolejne godziny głośną westminsterską melodią.Potem wylicza czas. Nieubłaganie i konsekwentnie. Słuchając bicia zegara myślę o przemijaniu. Godzina za godziną, dzień za dniem, rok za rokiem, upływają w rytmie uderzeń. Chyba za szybko. Przypominam sobie ostatnie, ważne wydarzenia.Wspominam te wcześniejsze. Właściwie, po co człowiekowi pamięć? Czy na pewno trzeba wszystko pamiętać? Może lepiej żyć bieżącą i radować się albo smucić każdym dniem, nie zauważać mijających lat. Nie powinno być pamięci dawnej i świeżej – powinna być pamięć dobra i zła. Ta  dobra niech niszczy tą złą.

Na noc chowam zegar do szafy. Wsuwam go w najdalszy kąt i przykrywam grubym, wełnianym swetrem. Tak dla pewności, że nie będę go słyszeć. Na noc zatrzymuję czas. Zegar nie wylicza mi kolejnych godzin. Noce należą do mnie. Czas zamknięty w szafie nie przemija.

To jest komentarz do notki Wyspiarza o pamięci.

Pamięć

1 komentarz

Pamięć zamierzchłych zdarzeń i przebrzmiałych osób natrętnym stacatto atakuje moją głowę. Wydarzenia, które dawno rozwiał wiatr niepamięci, twarze, dawno zatarte, ludzi, co wiele lat temu odeszli z mojego życia, a niektórzy odeszli już z życia w ogóle, jak wzory w oszalałym kalejdoskopie zmieniaję się przed moimi oczyma. Mój tato i brat, którzy już odeszli, przyjaciel, który bez żadnego powodu nagle przestał dzwonić, wróg, którego nos zaczerwienił się od krwi po spotkaniu z moją pięścią,  koleżanka z podstawówki, za którą nosiłem ze szkoły teczkę, paczka z maturalnej klasy, którą życie rozsypało po świecie, noce spędzone przy brydżu w kłębach dymu papierosowego, świt na Mazurach widziany z kajaka w oparach podnoszącej się porannej mgły, zachód słońca na plaży, pierwszy ząbek mojego syna, ślubna obrączka na jego palcu i łzy wzruszenia żony podczas ceremonii, wszystko to przesuwa się przed oczyma jak przewijający się w oszalałym tempie film. Życie jest zbiorem chwil, a pamięć jest workiem, w którym te chwile się kłębią. Im dłużej żyjemy, tym bardziej wypchany worek. Chciałbym, żeby mój wypełnił się do granic pęknięcia…

Rozmowy

3 komentarzy

Fakt, że mój syn zwany Dwaxelem jako człek żonaty, a w związku z tym obarczony rozlicznymi obowiązkami (ostatnio wymiana zamka w drzwiach wejściowych do Ich domu) i pracujący, ma coraz mniej czasu na to, by z nim normalnie porozmawiać, jest dla mnie dolegliwy. Tym większą przyjemnością są więc niezbyt częste, lecz zdarzające się jednak chwile. kiedy razem, tylko we dwóch, wracamy samochodem z jakiegoś wyjazdu służbowego i mamy wreszcie okazję pogadać. Dziś na przykład, w drodze z Bielska – Białej do Krakowa wyciągnął mnie z chwilowego doła, spowodowanego wiekiem. Wiecie, jak to jest: listopad, pochmurno, z przodu tabuny ciężarówek, co kawałek korki – człowiekowi przychodzą do głowy różne myśli. Przy okazji wysnuliśmy teorię, że stosunek do osób starszych (to jeszcze nie o mnie, ale prędzej, czy później… :P) w Polsce kształtował się niejako dwutorowo, w zależności od poziomu kultury i sytuacji materialnej danej warstwy społecznej.
W warstwie lepiej sytuowanej (szlachta, mieszczaństwo), stosunek do starszych nacechowany był szacunkiem i poważaniem. Młodsi chętnie korzystali z ich doświadczenia życiowego i przejawiali do nich stosunek opiekuńczy.
W warstwie chłopów, zwłaszcza uboższych, stosunek do człowieka determinowały jego możliwości pracy. Dopóki mógł pracować, był tolerowany. Kiedy przestawał, a zrobił w dodatku ten nierozsądny krok i przepisał gospodarstwo na dzieci – był to początek jego agonii. Oczywiście, można to zrozumieć, gdy stało się przed dylematem: czy dziś dać miskę strawy dziecku, czy zniedołężniałemu ojcu? Można, choć nie do końca.
Najsmutniejsza była wspólna nasza z Dwaxelem konkluzja, że według naszych obserwacji, mimo, że aż takich dylematów jak ten z miską strawy wielu jednak w Polsce nie ma, w przeważającej części polskiej populacji wygrała koncepcja chłopska. Starego człowieka pozostawia się samemu sobie, albo lokuje w domu opieki. Są tacy,którzy się z tym godzą, albo wręcz sami takie rozwiązania sugerują. Są i tacy, którzy bronią się przed  tym zaciekle. Ja na przykładobiecałem mojej Mamie (84 lata), że nigdy w takim domu nie wyląduje, chyba że będzie to absolutnie jedyne wyjście. Opiekujemy się nią serdecznie i skutecznie, i chyba w dużej mierze dlatego jest w takiej formie, w jakiej jest.
Takie to przemyślenia wynikają niekiedy z rozmów z Dwaxelem na trasie Bielsko B. – Kraków :P

Szlag!

3 komentarzy

Szlag mnie trafia! Wczoraj wieczorem coś mi zeżarło dwa rozdziały opowiadania, które od pewnego czasu piszę. Najgorsze, że nie wiem, co to było. Przeskanowanie laptopa nie wykazało żadnego wirusa (swoją drogą, przy okazji dowiedziałem się, że mam w laptopie ponad 60 tysięcy plików). Okazuje się, że pod pewnymi względami pisanie w sposób tradycyjny jest bezpieczniejsze. Nie mogę się uspokoić Skoro nie wirus, to co? Może coś nieświadomie nacisnąłem. Coraz częściej piszę bez patrzenia na klawiaturę. Szczęście i tak, że niemal co do słowa pamiętam co pisałem. Odtworzę!
Właśnie za oknem zauważyliśmy, że spadło parę płatków pierwszego tej jesieni śniegu.
Idzie zima, cholera!

Nekropolie

3 komentarzy

Blog został trochę zaniedbany, ale to za sprawą zabaw literackich, jakie ostatnio uprawiamy z Wyspiarką, przy twórczym wkładzie Aglais. Nie pora, żeby to już publikować na szerszym forum, ale może, kiedyś?…Przeglądając komentarze do swojego zdjęcia przy grobie Abelarda i Heloizy na cmentarzu Per Lachaisse, które umieściłem kiedyś na „naszej-klasie”, uzmysłowiłem sobie, że w odwiedzanych przez siebie miejscach niemal zawsze zwiedzam również nekropolie. Paryż był pod tym względem o tyle interesujący, że, jak w mało którym mieście mogłem tam odszukać sporo osób, w jakiś sposób dla mnie ważnych. Na Per Lachaisse cała plejada osobistości z barwnej i bardzo przeze mnie lubianej epoki napoleońskiej, no i oczywiście Chopin, ale i Jimmy Morisson, na Montparnasse między innymi Julio Cortazar, Simone de Beauvior i Jean Paul Sartre. Pamiętam problemy, z jakimi udało mi się zwiedzić Cmentarz Nowodiewiczyj w Moskwie – stały posterunek milicji przy bramie wpuszczał tylko rodziny osób tam pochowanych, za specjalną przepustką – widać boją się, że wdzięczny naród może odreagować lata „sowietskoj własti” na grobach jej prominentów, takich jak Chruszczow czy Kosygin. Mnie udało się tam wejść tylko dzięki legitymacj z akredytacją mojego towarzysza podróży. Dzięki temu mogłem pochylić się nad miejscem spoczynku Szalapina czy Alilujewej. Niedawna smutna okoliczność udziału w pogrzebie Cioci na starych Powązkach w Warszawie była okazją do wspomnień o wielu pochowanych tam słynnych rodakach. Cóż, pewnie listopad i nieuniknione nadejście zimy wprawia człowieka w nastrój do takich przemyśleń :P

Żenada

1 komentarz

No cóż, Święto Niepodległości to uroczystość podniosła i z założenia radosna. Niestety, nasz polski „kundlizm” (to z Wańkowicza) spowodował, że nie można było oglądać jej obchodów bez zażenowania. Msza inauguracyjna, żywcem przypominająca akademie pierwszomajowe za komuny (to witanie po kolei wszystkich oficjeli z imienia i nazwiska, kwitowane każdorazowo oklaskami zgromadzonych – to ma być kościół?!!), nie zaproszenie na Plac Defilad ani na raut Wałęsy, poronione pomysły najpierw balu prezydenckiego, w końcu rautu, na którym raczyło się pojawić kilku przywódców peryferyjnych kraików, bo nawet  pani kanclerz Niemiec  i prezydenci Gruzji i Ukrainy w raucie udziału nie wzięli, choć uczestniczyli w oficjalnej części obchodów, wskazując dobitnie wagę i popularność w kręgach dyplomatycznych naszego, za przeproszeniem, prezydenta, tragiczny wręcz poziom większości występów, pożal się Boże, artystycznych, to wszystko pozostawiło u mnie odczucia głębokiego niesmaku i wstydu. Miał rację Wałęsa, mówiąc kiedyś, że Kaczyńscy, za co się nie wezmą, muszą to spieprzyć! Nawet obchody Święta Niepodległości, a to już duża sztuka!

Kolejnej kompromitacji w Brukseli udało się uniknąć, bo tym razem mądrze i przytomnie zachował się Donald, ustępując miejsca płaskołapemu indywiduum, które niezrozumiałym dla mnie zbiegiem okoliczności zostało przez bardziej skretyniałą część wyborców namaszczone na „głowę” naszego, skądinąd pięknego kraju. Donald zaopatrzył ową „głowę” w t.zw. instrukcje rządowe i kazał wiernie powtórzyć. Co prawda kaczka tupała płetwami, że żaden rząd nie będzie jej udzielał żadnych instrukcji, ale chyba pod wpływem jakiegoś nieco bardziej światłego doradcy (choć, mimo żem obdarzon dość rozwiniętą wyobraźnią, światłego pisuara jakoś mi sobie wyobrazić trudno), że jeśli tego nie zrobi, może to stać się to podstawą do wszczęcia procedury impeachment’u. Tak więc kaczka tupała, tupała, po czym poleciała i powiedziała wszystko, co jej kazali. No to po co były te szopki? Jeśli ambicję kaczora zaspokaja spełnianie roli gońca, który na forum UE powtarza to, co mu każą, to niech sobie do końca swojej niesławnej kadencji jeździ i powtarza, zanim kolejne wybory spuszczą go (mam nadzieję, że wraz z braciszkiem) w sferę dożywotniego niebytu politycznego, ku uldze i radości większości nieco myślącej części polskiej populacji. Geniusz polityczny strasznych braciszków przejawił się w ostatnim okresie również w sprawie emerytur pomostowych, bowiem sytuacja wygląda tak, że jeśli Leszek założy swoje, szumnie zapowiadane veto do ustawy, która właśnie została przeprowadzona w Sejmie, to od nowego roku,  od 1 stycznia 2009  zamiast  około 250 tys.  ludzi, których konflikt dotyczy  (jestem za  tym, by stracili, żeby była jasność),  stracą go wszyscy, bo stara ustawa przestanie obowiązywać . Brawo geniusze politycznej strategii!!! Kończę na dziś, bo zbliża się pora, kiedy mamy się skontaktować na Skype z Młodymi :D

Nasi w Irlandii

1 komentarz

No cóż, wszystko dobre, co się dobrze kończy. Mimo, że dziś pogoda w Krakowie rano była tylko trochę lepsza niż wczoraj, Młodzi jednak wylecieli, i są już w Dublinie. Od rana miałem zresztą takie przeczucie, co zakomunikowałem zaraz po przyjeździe do nich i przywitaniu: Cześć, świstak jestem! (vide komentarz Asi do mojej wczorajszej notki). Pewnie już siedzą u Kruków i sącząc jakiegoś Guinessa lub whiskey, gadają, gadają, gadają. :D Należy tylko mieć nadzieję, że pogoda podczas powrotu nie zrobi jakiegoś kawału.

Uziemnieni

4 komentarzy

No i nie polecieli! Z powodu mgły lot, którym Aglais i Dwaxel mieli lecieć do Dublina został odwołany. Udało się na szczęście przebukować bilety na jutro, oby tylko powoda znowu nie pomieszała szyków. Młodzi są wściekli i zdołowani (wiem, bo zawoziłem Ich na lotnisko, a potem z niego przywoziłem).
A po to, aby sytuację „odczarować”, pozwalam sobie zamieścić wierszowaną drobnostkę, powstałą w związku z tym:

Ponure, jesienne niebo nad nami
Nie odlatują dzisiaj samoloty
Młodzi być mieli już dzisiaj z Krukami
Rozweselić smutek jesiennej słoty

Jesienny Dublin już tam na nich czekał
A na lotnisku Krukowa rodzina
I Kruk był gotów, ni chwili nie zwlekał
Przedstawić im swego pierwszego  syna

Co będzie jutro? Kto wie, co się zdarzy
Czy wiatr rozwieje już obmierzłe chmury
Czy uśmiech pojawi im się na twarzy
Gdy się maszyna poderwie do góry

Tego, rzecz jasna najszczerzej Wam życzę
Niechaj tak właśnie się jutro przydarzy
Spokojnych lotów! Tak to właśnie krzyczę
W imieniu całej dwójeczki Wyspiarzy

Całe szczęście, że mój nastrój nie ulega takim huśtawkom, jak pogoda. Ubiegły tydzień, jak na koniec października – rewelacja. W dzień około 18 – 20 stopni i słoneczko. We Wszystkich Świętych (nie wypowiadałem się w sprawie komentarzy, ale, żeby była pełna jasność – też nie przepadam za tym świętem. Uważam, że jest fasadowe i w tej materii zgadzam się z Wyspiarką i Krukiem) ponuro i deszczowo. W Zaduszki – pełny odlot! 2 listopada i w południe 30 stopni w słońcu. Dziś od rana – mglisto i ponuro (choć na Śląsku, gdzie byłem w ciągu dnia, całkiem przyjemnie). Nastrój na szczęście jest constans, i to niezły. Powody? W zasadzie nic szczególnego. Oczywiście szczęście i miłość Młodych, widoczne z każdego Ich słowa i gestu jest również naszym szczęściem, ale poza tym nic specjalnego się nie dzieje. A mimo to :P Nawet trochę się dziwię, bo zwykle jesienią nastrój mi się zdecydowanie obniża. Czyżby to taki objaw, jak u przysłowiowego staruszka, któremu się przed śmiercią poprawiło? :D Nawał roboty przyprawia mnie o lekki stres (mimo dobrego nastroju). Wygląda na to, że pod tym względem listopad będzie ciężki (choć pocieszające jest, że po czasie siewów przyjdzie kiedyś czas zbiorów). Najgorsze jest poranne wstawanie. Nie lubię go od zawsze, ale z upływem wieku coraz mniej. A do emerytury jeszcze trochę (abstrahując od tego, ile mi jej bankrut – ZUS zgotuje) :P


  • RSS