wyspiarze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2008

Trzy tygodnie

3 komentarzy

Nikt się nawet nie obejrzał, a tu Asia jest „S”, a nie „D” już trzy tygodnie. Kiedy o tym myślę, przypominam sobie, nie bez pewnego wzruszenia zresztą, owe chwile sprzed lat 30-tu, kiedy sam byłem świeżo upieczonym małżonkiem. Pamiętam bardzo dobrze ową dumę, jaka mnie rozpierała, ale i ogromną tkliwość, jaka ogarniała mnie gdym patrzył na swoją młodziutką Żonę, która obdarzyła mnie swoją miłością i zaufaniem, że będę jej opoką na dobre i złe. Dla porządku dodam od razu, że owego zaufania starałem się przez te całe 30 lat nie zawieźć, chyba z dobrym skutkiem (ale o to trzeba zapytać Wyspiarkę).  Pamiętam, jak wspólnie z nieodżałowaną Babcią Zdzisią, u której znaleźliśmy pierwsze wspólne locum, zorganizowaliśmy obchody pierwszej „miesięcznicy” naszego ślubu. Babcia solennie dołożyła połowę kasy do jakiegoś okolicznościowego alkoholu, nawet wypiła jeden kieliszek, a potem… poszła na drugą stronę domu do swego syna (lepiej w naszych kręgach znanego jako Prezes), i…pozostała tam do rana! Taka to była Babcia Zdzisia, osoba pełna dobroci i taktu. I przypominając sobie to wszystko tłumaczę sobie w oparciu o własne doświadczenia, że choć smutno mi nieco, że Asię od ślubu widziałem tylko raz, to z drugiej strony, czemu tu się dziwić? Młodzi chcą się nacieszyć sobą, i tyle! :P
Tym niemnej, na zapowiedzianą w week-end wizytę u nas już się cieszę :D

Szelest zeschłych liści pod stopami
W październikowy wieczór
Na końcu alejki wesoły pysk psa
Sprężonego do skoku po kolejny aport
Spóźniony przechodzień
Z wzdrygnięciem stawia kołnierz kurtki
Srebrna poświata księżyca
Rzuca drgające cienie skręconych gałęzi
Bez liści, nagich, w oczekiwaniu
Na śnieżne futerko, co wkrótce…

Najpierw spieszę uspokoić wszystkich zaniepokojonych :P. Amelka, wielokrotnie podrapana za uszkiem od Aglais i poinformowana o pozdrowieniach od Pangura, wróciła do normy, a po dzisiejszym porannym spacerze w Lasku Mogilskim, gdzie już dawno nie była, minę ma zdecydowanie zadowoloną. Wczoraj, jak zapowiadałem, miałem dzień pracy. Najpierw dwie akcje w Kętach, które poszły nam nader sprawnie dzięki dobrej organizacji , a potem krótka wizyta w Bielsku (szkoda, że nie wieczorem, bo sądząc po zdjęciach Koticzki na „naszej-klasie”, warto je zobaczyć o tej porze, a ja, mimo że w Biesku bywam często, nigdy nie miałem okazji zobaczyć go po zmroku), gdzie kroi się niebawem zlecenie. Pogoda była niestety nie najlepsza, mgła przysłaniała na początku góry, ale potem podniosła się, i można było podziwiać piękną panoramę Beskidów. Nie dziwię się, że Koticzka jest zakochana w swoich rodzinnych stronach, jest tam naprawdę pięknie. Żałuję, że nie było takiej pogody jak dziś (mamy piękny, słoneczny, choć jeszcze dość chłodny dzień. W tej chwili na termometrze jest 8 stopni), bo pewnie by było jeszcze ładniej, ale cóż, nie zawsze jest Boże Narodzenie :P.
A propos Świąt, zbliża się 1 listopada i w związku z tym nadszedł czas porządkowania grobów naszych bliskich.  Korzystając z pogodnego dnia, dziś w ramach spaceru z Mamą zaplanowałem wizytę na cmentarzu w Batowicach i porządki na grobie Rodziców Wyspiarki. Groby Taty i Babci na Rakowicach postanowiliśmy z Dwaxelem uporządkować jutro. Niestety to akurat święto pobudza mnie (i pewnie nie tylko mnie) do refleksji nad przemijaniem i nieuchronnością odejścia z tego, mimo wszystko pięknego świata. Cóż, na to nic się nie poradzi, więc …Carpe diem!

Awaria Amelki

3 komentarzy

Coś mi się wydaje, że dziś wpadnę do firmy tylko na chwilkę. Muszę, bo trzeba zabrać urządzenia do jutrzejszego montażu (tak, tak, niestety czasem i w sobotę trzeba popracować, a w niektórych miejscach, to poprostu nie pozwalają na serwisy w inne dni). Już widzę, jak mi w tym momencie Koticzka zazdrości, jako że jutro udaję się do Kęt :D. A do firmy narazie nie mogę się udać, bo Amelka ma awarię żołądkową. Dochodzi południe, a ja byłem z nią na dworze już 4 razy mimo zaaplikowania loperamidu. Wyspiarka ma dziś i jutro Bardzo Ważną Konferencję Psychologiczną, z której nikt nie wie kiedy wróci (dziś ostatnim punktem programu w ramach części artystycznej jest kabaret w Jamie Michalika, zaczynający się o 20-tej), Dwaxel ciężko pracuje w Katowicach (zresztą codziennie od 10 dni), więc z konieczności opieka nad biednym zwierzakiem spadła na mnie. Biedne psisko leży na swojej kanapie, ale co jakiś czas podbiega do mnie i żałosnym skomleniem alarmuje, że koniecznie trzeba natychmiast wyjść. I rzeczywiście, trzeba. Niezbyt pięknie by chyba wyglądała nasza nowa wykładzina, gdybym nie zareagował :P Na szczęście dziś i tak planowałem dzień biurowy, a to mogę robić i w domu mając do dyspozycji telefon i e-mail. No a poza tym, takie są uroki pracy „u siebie”, że żadnej listy obecności nie trzeba podpisywać. Acha! Amelia znowu popiskuje. Muszę kończyć…

 

Wracając wczoraj z Dwaxelem ze Śląska, gdzie ostatnio
wykonujemy duże zlecenie, przez Olkusz, bo podczas obecnego remontu autostradę
wybierają chyba tylko ci, którzy mają dużo czasu i niestraszne im nawet
kilkugodzinne korki, za co jeszcze muszą zapłacić, bo autostrada płatna
przecież (paranoja), postanowiliśmy zajrzeć przy okazji do W.Z. i sprawdzić
postępy w budowie domu Młodych. Wczorajszy dzień, w odróżnieniu od
dzisiejszego, który jest ponury, zimny i dżdżysty, był przepiękny. Słoneczko operowało
niczym w lecie, na termometrze w samochodzie wyświetlało się 18 stopni, na
chwilę nawet musiałem włączyć klimatyzację, bo zrobiło się za gorąco. Odbiliśmy
więc z drogi nr 94 w lewo, na Skałę, i po kilku minutach znaleźliśmy się w
czarodziejskiej krainie Ojcowskiego Parku Narodowego jesienią. Kto był, ten
wie, że lasy tam praktycznie wyłącznie liściaste, a kredowe skały momentami
wręcz wiszą nad krętą (i chyba niedawno wyremontowaną, bo z bardzo przyzwoitą
nawierzchnią, choć wąską) drogą. Widoki były prześliczne. Te wszystkie odcienie
żółci, brązów i czerwieni na tle białych skał, oświetlone słońcem, te domki,
wciśnięte pomiędzy skalne ściany, niekiedy do nich przyklejone, wszystko
naprawdę jak z bajki. Zamek w Pieskowej Skale, wiszący wysoko nad drogą, gdzie
jako młodzian często zapraszałem swoje sympatie do kawiarni, jak zwykle
sprawiał monumentalne wrażenie. Maczuga Herkulesa, oblepiona była akurat
podczas naszego przejazdu wycieczkowiczami, ale i tak prezentowała się okazale.
Byłem bardzo zadowolony, że zdecydowaliśmy się na tą małą wycieczkę, a i Michał
był pod wrażeniem. Znam dość dobrze swój kraj, doceniam różne jego atrakcje w
różnych rejonach, ale chyba w Polsce jesienią nie ma nic piękniejszego, niż
Jura Krakowsko-Częstochowska, a zwłaszcza okolice Ojcowa i Skały…

Przy okazji okazało się, że Aglais z Dwaxelem będą mieli
piękny widok z górnego tarasu swojego domu, który jest już na etapie kładzenia
dachówek. Pewnie się już nie mogą doczekać, choć przecież w Z. też im się źle
nie mieszka :D

Na ślubnym suwaczku Aglais: Jesteśmy małżeństwem już od 11 dni. Już 11 dni! Niby nic się nie zmieniło, Dwaxela, jak przez ostatnie dwa lata spotykam częściej w pracy (jako, że póki nie znajdzie czegoś lepszego, pomaga mi w mniejszej firmie) jak w domu, ale jednak pewne różnice zauważam. Wydaje mi się dojrzalszy, poważniejszy, bardziej skupiony, krótko mówiąc, wydaje mi się bardziej mężczyzną niż kilkanaście dni temu. Te różnice mają charakter ulotny, trudny nawet do zdefiniowania, ale moim zdaniem są. Ciekaw jestem w tej materii zdania Aglais, bo ono byłoby chyba najbardziej miarodajne. No i interesuje mnie również zdanie Wyspiarki, bo Jej obserwacje są z tej samej co moje perspektywy, a nadajemy zwykle na tych samych falach. W każdym razie mnie się to podoba :D

Brukselska szopka

4 komentarzy

Wybaczcie wszyscy, że  podniosły nastrój, związany ze ślubem zamieniam na dywagacje o brudnej polityce, ale zadbało o to płaskołape indywiduum z pieprzykiem, nieprawdopodobnym zrządzeniem losu pełniący funkcję głowy naszego pięknego skądinąd kraju. Do Świąt Bożego Narodzenia jeszcze dość daleko, a owe indywiduum już nam, a co gorsza całej Europie, zafundowało szopkę :( To, co wyprawiał L.K. i jego kabaretowe otoczenie w związku ze szczytem europejskim w Brukseli nie ma chyba precedensu w polityce powojennej. Śmiech Europy słychać już od paru dni, a dzisiejsze wtargnięcie na salę obrad odbije się szerokim echem na całym świecie. Nie wiem, czy wybryk kaczora nie predyscynuje do rozpoczęcia procedury usunięcia go z funkcji. Mały, chory z nienawiści i zakompleksiony człowieczek za nic ma sobie żywotne interesy własnego narodu, bo koniecznie musi w kluczowym momencie znaleźć się w świetle reflektorów. Totalne olewanie konstytucji, kompromitowanie własnego urzędu, a przy okazji, że użyję może nieco patetycznego określenia, majestatu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, to tylko kilka „osiągnięć” tego „męża stanu”, co to zdania w żadnym obcym języku sklecić nie potrafi (Swoją drogą, jak on skończył studia? Trzeba na nich zaliczyć przynajmniej jeden lektorat. Jak zdobył doktorat? Obowiązuje egzamin z drugiego języka obcego!), a dysponuje wdziękiem słonia w składzie porcelany.
Nie, do diabła, muszę kończyć tę notkę, bo czuję niebezpieczny wzrost ciśnienia. Tylko jeszcze brakuje, żeby porządnego chłopa szlag trafił przez kurdupla!

Alea iacta est…

7 komentarzy

…czyli nasze dzieci wzięły ślub!
Jako, że zostaliśmy przez Kruków (łącznie z Antosiem) wywołani do tablicy w temacie relacji ze ślubu Asi i Michała, przystępujemy do dzieła, z tym większą przyjemnością, że było pięknie :D Postanowiliśmy, że relacja będzie wspólna, to znaczy najpierw sporządzi ją Wyspiarz, a potem Wyspiarka dopisze to, co umknęło chłopu o zdecydowanie mniejszej wrażliwości :P
A więc, relacja Wyspiarza:
Zaczęło się pięknie, bo zgodnie z moimi optymistycznymi przewidywaniami (vide poprzednia notka), sobota powitała nas pięknym słoneczkiem i bezchmurnym niebem. Nastrój świąteczny zagościł pod naszym dachem już o 11-tej wraz z wizytą zamówionej wcześniej fryzjerki, pani Izy, która miała za zadanie „przeczesać” Wyspiarkę oraz Karolinę, dziewczynę Darka (świadka Michała), która, jako że z Warszawy przybyła, nie miała zaufanej fryzjerki w Krakowie i musiała zaufać naszemu wyborowi. Okrzyk zachwytu Karoliny przed lustrem na swój widok po ukończonym fryzowaniu świadczył o tym, że owe zaufanie było uzasadnione. Co prawda okrzyk, jaki wydała po modelowaniu Beata, moja kuzynka z Poznania, która u nas nocowała, i też się „załapała” na panią Izę, przypominał mi bardziej okrzyk przerażenia, ale na usprawiedliwienie Beaty i pani Izy dodam, że ta pierwsza nigdy jeszcze nie modelowała włosów u fryzjera. Zgodna, pozytywna opinia wszystkich obecnych, że fryzura Beaty jest świetna, spowodowała zdecydowaną poprawę nastroju zainteresowanej. Po prostu nie była do takiej siebie przyzwyczajona :P
Ze stosownym wyprzedzeniem, uwzględniającym przewidywane korki w centrum, udaliśmy się na uroczystość, na którą dotarliśmy sporo przed czasem. Widok ślicznie, acz dyskretnie udekorowanego samochodu Młodych przed kościołem Dominikanów uświadomił nas, że już są na miejscu. Tym niemniej, nie zaspokoiliśmy wcześniej od innych ciekawości odnośnie ślubnej kreacji Asi, bo okazało się, że Młodzi wraz z fotografem udali się byli na uliczną sesję zdjęciową. W międzyczasie zaczęli tłumnie schodzić się goście, i wkrótce placyk całkiem nieźle się zaludnił. Szczególnie ucieszyło nas, że mimo pewnych trudności udało się z dalekiego Kwidzyna dotrzeć chrzestnemu Michała, a mojemu przyjacielowi, Dominikowi.
„Nadejszła” wreszcie wiekopomna chwila, rozpoczęła się ceremonia. Od wrót kościoła przed ołtarz Młodych wprowadził Ojciec Jarosław, który ślubu udzielał. Przez całą długość nawy dał się słyszeć jęk podziwu, bowiem Asia wyglądała wręcz zjawiskowo dzięki swojej urodzie i przepięknej hiszpańskiej sukni z trenem. Michał stąpał przy Niej rozpromieniony i dumny, i słusznie, bo pewien jestem, że nie było w tym momencie w kościele młodego człowieka, który by Mu nie zazdrościł :D Razem stanowili piękną parę.
Ojciec Jarosław okazał się miłym, ciepłym kapłanem, który natychmiast wprowadził właściwą dla ślubów u Dominikanów, niemal rodzinną atmosferę. Przebieg ceremonii uświetniła grupa przyjaciół Asi z chóru „Voce Angeli”, w którym kiedyś śpiewała. Byli naprawdę świetni, a podniosła i wzruszająca atmosfera uroczystości udzieliła się wszystkim obecnym. Stojący przed kapłanem Młodzi wręcz promienieli szczęściem i miłością, czego nie omieszkał zauważyć Ojciec Jarosław. Łzoodporne kosmetyki Wyspiarki bardzo się przydały, i nic dziwnego, skoro nawet mnie, o wrażliwości zbliżonej do deski klozetowej, w pewnym momencie oczęta zapiekły, zwłaszcza, że zarówno Asia, jak i Michał wygłosili swoje teksty mocnymi i zdecydowanymi głosami, bez najmniejszej „wpadki”. Tak oto „dokonało się”, a nasz Syn został mężem kobiety swojego życia! :D
Po zwyczajowym obsypaniu ryżem Młodych, dokonanym fachowo przez Wujka Ryśka, Michał i Asia udali się na krużganki kościelne, gdzie życzeniom nie było końca.
Kolejka składających życzenia ciągnęła się przez całą długość krużganków, było naprawdę sporo ludzi. Przy okazji serdecznie dziękujemy tym wszystkim naszym Przyjaciołom i Znajomym, którzy zechcieli skorzystać z naszego i Młodych zaproszenia do wzięcia udziału w ceremonii Ich ślubu.
Z kościoła zaproszeni goście przeszli spacerem do Klubu Garnizonowego, gdzie odbywało się przyjęcie weselne. Wystrój, przestronne wnętrze, monumentalne schody, pięknie nakryte stoły, dodawały imprezie splendoru. Wchodzących na salę Młodych staropolskim obyczajem chlebem i solą powitali rodzice obojga, przy czym okolicznościowy „speach” wygłosił niżej podpisany, improwizując (Wyspiarka twierdzi, że udanie), jako że nikt go wcześniej nie uprzedził, że to właśnie jemu przypadnie ten zaszczyt. Jeszcze tylko toast szampanem, tradycyjne rozbicie kieliszków przez Młodych rzutem za siebie, i przyjęcie się rozpoczęło.
Cóż tu powiedzieć o przyjęciu? Wszystkie potrawy (ich opis pozostawiam Wyspiarce, bo z całą pewnością zna się na tym znacznie lepiej ode mnie) były pyszne i ładnie podane, wina, wybrane przez Tatę Asi, wzbudziło uznanie koneserów, ciasta smakowały jak domowe. W pewnym momencie podano tort, który ku zdumieniu i zachwytowi zebranych, po zgaszeniu świateł sypnął iskrami fajerwerków. W smaku okazał się znakomity :D Asia i Michał z dużą gracją, jakby nic innego w życiu nie robili, pełnili obowiązki gospodarzy przyjęcia. Atmosfera sprzyjała rozmowom (jak już wspominałem winka były przednie), zwłaszcza, że jak zwykle w takich przypadkach, wielu krewnych i znajomych spotkało się po długiej przerwie. Nastrój budowała również dyskretnie słyszana w tle muzyka klasyczna. Wszyscy wychodzący obdarowywani byli przez Gospodarzy paczkami z ciastem, a Wyspiarz, który wraz z Małżonką opuścił salę jako jeden z ostatnich około 22-giej, dodatkowo butelką wina, jako że prowadził samochód, i poza toastem wstępnym szampanem i dwoma lampkami wina (po jednej białego i czerwonego dla  spróbowania) – nie spożywał, co Młodzi postanowili mu zrekompensować :D
Reasumując, stwierdzić należy, że jeśli wspólne życie Asi i Michała będzie równie udane jak ceremonia ślubna i przyjęcie weselne, o Ich szczęście i pomyślność nie należy się martwić.
To teraz ja (Wyspiarka). opis jest piekny i dokładny. Ceremonia zaślubin była tak wzruszajaca, że mimo łyknięcia Persenu forte ryczałam jak bóbr, na szczęście wodoodporny makijaż ocalał.  Mój Drogi Mąż wcale nie ma wrażliwości deski klozetowej- tylko sie tak wdzięczy!
 Kilka dodatkowych informacji:
Fotograf /miły i usmiechniety/szalał ,cały czas robił zdjęcia, czekamy na efekt.
Dzieci obecne na imprezie przygotowały dla Młodej Pary specjalne przedstawienie i prezenty dla Asi – kasztany i bukiet z jesiennych liści. Mam nadzieję, że  Asia zamieści swoje przepiękne zdjęcie z tą gromadką.
A co do menu to był:
- rosół
- indyk z brokułami
- pyszne przystawki – śledziki, sałatki, ryba po grecku, wędliny w duzym wyborze, jajka w majonezie, świetne galaretki drobiowe
- ciasta – makowiec, sernik i inne ciasta, których nazw nie pamiętam.
Rewelacyjny tort marcepanowy, który na początku świecił i wypuszczał
fajerwerki !!!
-na koniec akcent śląski czyli zrazy z kluskami śląskimi i „modrą” kapustą
Trzeba przyzanć, że kucharz  zdolny i  do niczego nie można się przyczepić.
Teraz staramy się wracać do równowagi psychicznej po tym wielkim
wydarzeniu i remoncie. A najbardziej cieszy nas,ze mamy nową, gotową
,jakże udaną córkę!

I tak oto dziś nadeszła wigilia ślubu Młodych. Przygotowania chyba zapięte na ostatni guzik, pierwszych gości spoza Krakowa już z dworca odebrałem, nawet auto wypucowałem, co mi się zdarza tylko kilka razy w roku :P Szkoda, że nie mogą przyjechać Marcinowie (choć przy dwutygodniowych bliźniakach to zrozumiałe), no i Kruki (z tego samego, acz pojedynczego powodu). Jutro zadebiutujemy z Wyspiarką w roli Teściów, na szczęście nie czujemy jakiejś szczególnej tremy, choć Wyspiarka nabyła na tą okoliczność kosmetyki w wersji łzoodpornej :P Młodych prawie nie widujemy, zwłaszcza Asi, ale trudno się dziwić, bo mają straszne urwanie głowy. Wyobrażam sobie to załatwianie setek spraw. Chyba nawet nie daje im to czasu na tremę :D Mamy tylko nadzieję, że pogoda dopisze, bo po wczorajszym pięknym i słonecznym dniu (oprócz porannych mgieł), dziś, mimo optymistycznych prognoz, dzień jest dość pochmurny, choć na szczęście nie pada. Trochę mnie niepokoi temperatura, bo w tej chwili jest u mnie tylko 11 stopni, a to trochę mało (wczoraj było o tej porze rozkoszne 17). W każdym razie jestem optymistą, i mam nadzieję, że jutrzejszy poranek przywita nas słoneczkiem, na dobrą wróżbę dla szczęśliwego życia Asi i Michała, choć prawdę mówiąc, i tak nie mam najmniejszych wątpliwości, że będzie to zgodne i szczęśliwe małżeństwo :D

Pandemonium

6 komentarzy

Od poniedziałku trwa w naszym mieszkaniu remont. Koszmar nad koszmary, choć przecież wykonuje go specjalistyczna i bardzo profesjonalna ekipa. Nieco egoistycznie się cieszę, że w poniedziałek i wtorek byłem służbowo w Warszawie, i chociaż pierwsze dwa dni mnie ominęły (choć noc z wtorku na środę spędzaliśmy w naszym t.zw. „gabinecie”, a jest to pokoik 3,20 x 2 m, na kanapie Amelki w trójkę, czyli my z Wyspiarką i Amelka), ale za to w środę rano trafił mi się problem wykładzin. Problem polegał na tym, że około 9-tej przywieziono nam wykładziny dywanowe, które poprzedniego wieczoru nabyliśmy byli z Wyspiarką drogą kupna w hipermarkecie „OBI”. Kiedy zobaczyłem wyładowywane z samochodu dwie grubaśne bele (jedna 5 x 4,1 m, druga 5 x 3,2 m), od razu wiedziałem, że będą problemy z wtaskaniem ich na moje III piętro po bardzo wąskiej klatce schodowej. Praktyka wykazała, że stosując bardzo przemyślne metody, krótszą belę udało nam się w trójkę jakoś przecisnąć, ale dłuższa zaklinowała się już na parterze, i ani rusz! Po naradach doszliśmy do wniosku, że jedyny sposób, to transport napowietrzny – przez balkon. Oczywiście nie miałem w domu linki o stosownej długości i wytrzymałości, więc migiem w samochód, i do wyżej wzmiankowanego OBI. Na szczęście linki w dużym wyborze tam były, więc wyliczywszy szybko w pamięci, że 12 m powinno wystarczyć, nabyłem tyleż. Faktycznie, wystarczyło, ale „na styk”! Ileż to było uciechy dla licznie zgromadzonej gawiedzi, kiedy w trzech chłopa (w tym dwóch dwudziesto-paro letnich „napakowanyvh” byczków), z niemałym trudem wciągaliśmy tego potwora na balkon. Uff! Udało się! W środę mieliśmy na szczęście już do dyspozycji największy pokój, i można było przynajmniej wygodnie się wyspać. Czwartek przyniósł zakończenie prac w gabinecie, kuchni i łazience (tam tylko sufit, bo reszta jest cała w kafelkach) oraz położenie gładzi w dawnym pokoju Michała, który aktualnie adaptujemy na naszą sypialnię. Wreszcie struktura ścian w tym pokoju przestała przypominać wzburzony ocean, a po dzisiejszym wyszlifowaniu (na szczęście podczas tej operacji byłem służbowo w Kielcach) i nawet jednokrotnym pomalowaniu (w tej chwili maluje się drugi raz), już  wygląda super!!! Najważniejsze, że Panowie Malarze obiecują, że dziś do 20-tej zakończą całość prac, i to napawa moje serce nieskończoną radością, choć mam świadomość, że mimo naprawdę dużych starań ekipy o zachowanie względnego porządku, sprzątanie, układanie rzeczy, tudzież montaż w sypialni szafy garderobianej z przyległościami, który to zestaw wypatrzyliśmy w IKEA, dostarczy nam jeszcze sporo pracy. Jeśli do tego dodamy sobotnią imprezę urodzinową Wyspiarki – na szczęście poza domem (pierwszy możliwy termin po urodzinach, na który udało się zapewnić udział wszystkich, których chcieliśmy z tej okazji zaprosić), wyjazd w poniedziałek do Warszawy na pogrzeb oraz fakt, że już w piątek będziemy mieli gości w związku z sobotnim ślubem Asi i Michała, no to chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że jesteśmy trochę zajęci. Trzymamy się jednak i nie zamierzamy załamywać rąk. Za to, jak już się wszystko przewali, przyjdzie się rozkoszować ciepłem domowego ogniska wreszcie bez perspektywy rychłego remontu, która to perspektywa wisiała nad nami jako ten miecz Damoklesa od paru miesięcy. Niestety, wcześniej się nie dało z braku ekipy, bo wszyscy (jak się okazało na szczęście – prawie wszyscy) fachowcy tej branży, wyjechali do Anglii lub Irlandii. W każdym razie, jedno jest pewne: Jeśli będziemy jeszcze kiedyś robić remont mieszkania, to będzie on się odbywał w czasie naszego urlopu, jak było planowane również tym razem (ale z powodu Anglii i Irlandii plan się nie powiódł). TAKO RZECZE ZARATUSTRA!!!


  • RSS