wyspiarze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2008

Szczyt hipokryzji

1 komentarz

Byłoby nie ważne, gdyby na tym blogu od czasu do czasu nie było nic o polityce, albo chociaż o politykach, którzy (zwłaszcza z mojej „ulubionej” PiS-uarowej formacji), nieustannie dają powody do zgryźliwych komentarzy. Oto Jarek K. (ten bez pieprzyka), z wrodzonym sobie wdziękiem słonia, był uprzejmy wywlec na forum ogólnopolskie, z użyciem mediów, rodzinne problemy swojego ongiś bliskiego przyjaciela i współpracownika, Ludwika Dorna, zwanego kiedyś „trzecim bliźniakiem”, a obecnie sekowanego za brak pokory i próby demokratyzacji PiS. Przy współpracy z „bulterierem” Jackiem Kurskim powiadomić raczył opinię publiczną, że Dorn wystąpił do sądu o obniżenie alimentów na córkę z poprzedniego małżeństwa, ponieważ od czasu, gdy przestał być Marszałkiem Sejmu, wyraźnie obniżyły mu się dochody. Oliwy do ognia dlał Przemek Gosiewski, ten co zasłynął budową peronu dla ekspresów Kraków-Warszawa we Włoszczowej, czyli największej wpadki w dziejach PKP. Przemek na konferencji prasowej był uprzejmy stwierdzić pod adresem Dorna, cytuję z pamięci: „Pewnych wartości, także chrześcijańskich, należy przestrzegać także w życiu osobistym”. Mówiąc to przybrał minę i pozę Katona, co przy jego nikczemnej dość posturze (choć trudno w to uwierzyć, jest jeszcze bardziej kurduplowaty od Jarka K.), bardzo było zabawne. Co się okazało następnego dnia? Otóż Przemysław Edgar Gosiewski, krzewiciel wartości chrześcijańskich także w życiu osobistym, jest podobnie jak Dorn rozwiedziony i podobnie jak on ma drugą żonę, i z nią dzieci. Mało tego, właśnie w sądzie toczy się z pozwu jego ex żony sprawa o podwyższenie alimentów, które sąd, na czas trwania sprawy, podniósł  z…600 na …700 złotych (sic!), przy oficjalnych dochodach pana posła przekraczających 11.000 zł. A swoją drogą, jak z tym wszystkim Gosio godzi udział w wielu mszach okolicznościowych i innych uroczystościach religijnych (zwykle w pierwszym rzędzie, obok Jarka K.), do czego jako żyjący w grzechu bez ślubu kościelnego, nie ma prawa i popełnia tym samym świętokradztwo! Jeśli to nie jest szczyt hipokryzji, to ja już nie wiem, co nim jest! :P Znamienna jest również reakcja bulteriera Kurskiego, który poproszony o komentarz w sprawie pana G. oświadczył, że nie komentuje osobistych spraw innych posłów… Tylko że kilka dni wcześniej ta skądinąd słuszna zasada nie przeszkodziła mu wyjaśnienia wprost dziennikarzom nieco zawoalowanej wypowiedzi Jarka K. na temat Dorna. Banda hipokrytów!

Koło życia

1 komentarz

I jak tu nie być fatalistą? Dziś przed południem dowiedzieliśmy się, że bratankowi Wyspiarza w Szczecinie urodziły się bliźniaki (dziewczynka i chłopak – pierwszy chłopak wśród wnuków mojego nieżyjącego Brata – poza nim są trzy wnuczki, z których tylko jedna urodziła się za Jego życia. Druga, dwa miesiące po nagłej śmierci). Wszyscy bardzo się ucieszyliśmy, a Wyspiarze po raz trzeci (ale pierwszy podwójnie), zostali stryjecznymi dziadkami :P Za to kilka minut po 17-tej – telefon z Warszawy z wiadomością o śmierci Cioci Krysi (właściwie była cioteczną babcią Wyspiarki, ale tak Ją wszyscy, łącznie z Aglais i Dwaxelem nazywaliśmy). Miała co prawda 90 lat, ale wszyscy bardzo Ją lubiliśmy, bo mimo zmagania od lat z ciężką chorobą (od kilku lat nie wychodziła z domu), była osobą o ogromnej wiedzy i erudycji, do końca w pełni sprawną umysłowo. Powstaniec warszawski, więzień obozów koncentracyjnych, po wojnie wieloletnia szefowa „Społem”, skarbnica wiedzy, życzliwa ludziom. Wszystkim nam bardzo jej będzie brakowało. A swoją drogą, czyż nie pokutuje przesąd, że jeśli ktoś się w rodzinie rodzi, ktoś inny umiera. I jak tu nie być fatalistą?

Przepisy dla Kasi

1 komentarz

Zgodnie z obietnicą zamieszczam dla Kasi / specjalnie!/ przepisy z naszego rocznicowego obiadku.
Sałatka „Swit w Barcelonie”

  • 1 opakowanie mrożonych krewetek zblanszowac, odsączyć i zamarynować / najlepiej na noc w lodówce/ w soku pomarańczowym + sok z jednej cytryny + pokrojony mały ząbek czosnku
  • 1,5 szklanki ugotowanego na sypko, najlepiej brazowego, ryżu
  • 1/2 szklanki pokrojnych w cienkie plasterki rzodkiewek
  • 1 średnia pokrojona drobno czerwona cebula
  • 1 łyżka szczypiorku, 1 łyzka koperku
  • wymieszać z majonezem i jogurtem, doprawic do smaku solą i białym pieprzem

Zupa z owoców morza

  • zagotować 1 litr bulionu drobiowego, dodać 2 łodygi pokrojonej trawy cytrynowej, 4 dkg pokrojonego imbiru, otartą skórkę z 2 limonek i 20 dkg pokrojonych w ćwiartki pieczarek – gotować 3 minuty
  • dodac 1 łyżkę pasty chili, 2 pomidory pokrojone w ćwiartki i 20 dkg owoców morza – gotowac na bardzo małym ogniu
  • doprawić sokiem z 2 limonek, sosem rybnym i świeżą kolendrą


Smażone kalmary w sosie salsa verde

  • 1 kg kalmarów pokroic w niezbyt grube pierścienie, skropic sokiem z cytryny, oprószyć solą i białym pieprzem, zostawic na godzinę w lodówce
  • kalmary obtoczyć w mące razowej, smażyć na maśle, włożyć do piekarnika, ale tylko tak by były ciepłe
  • na pozostały po smażeniu tłuszczu  zeszklić 1/2 szklanki posiekanych szalotek, dodać 1 szklankę bulionu drobiowego i 1/2 szklanki wytrawnej wiśniówki, gotowac około 5 minut
  • wrzucić kalmary tylko do podgrzania

Krem czekoladowy

  • 2 tabliczki gorzkiej czekolady rozpuścić na parze
  • 2 żółtka utarte z 2-3 łyżkami cukru wymieszać z czekoladą
  • po ostudzeniu dodac 20 dkg ubitej śmietany kremówki +  1 łyżkę brandy, na koniec białka ubite na sztywną pianę
  • włożyc do lodówki na kilka godzin

Kasi i innym smacznego!

50-tka Bodka

6 komentarzy

Uważni czytelnicy tego blogu (a wszyscy są uważni, choć nie wszyscy wpisują komentarze, a szkoda :P) zauważyli, że przez kilka ostatnich dni nie dawaliśmy głosu na blogu, ani poprzez notki, ani nawet poprzez komentarze. Biorąc pod uwagę fakt, że w środę założono nam WiFi, które zdecydowanie poprawiło szybkość transmisji w stosunku do „blue-connect”, a Wyspiarka jeszcze nie nacieszyła się swoim nowym, maleńkim laptopem, takie milczenie musi mieć ważne powody. Oto one: Ostatnie 4 dni spędziliśmy w naszych ukochanych Borach Tucholskich (na Kociewiu), gdzie rozpoczęły się były 50-te Urodziny naszego Przyjaciela – Bogdana. Piszę „rozpoczęły”, bo zakończą się dopiero w następną niedzielę, jako że dom, mimo 8 pokoi, nie byłby w stanie przyjąć wszystkich zaproszonych gości w jednym terminie. Wyjechaliśmy o północy ze środy na czwartek, a dzięki jeździe nocą trasę ok. 550 km pokonaliśmy w 6 godzin, co jak na warunki, panujące na polskich drogach uważam za osobisty sukces. Na miejscu zastaliśmy Kasię i Irka (z jamnikiem Kapslem), oraz Ich córkę, Justynę z narzeczonym w przerwie z powrotu znad morza do Krakowa (wyjechali w piątek). Po krótkiej drzemce regeneracyjnej zajęliśmy się oczywiście (od razu zaznaczam, że z sukcesem :D), odrabianiem urlopowej grzybo-posuchy z czasów naszego urlopu. Wieczory, rzecz jasna spędzaliśmy w saunie, po której zasiadaliśmy przy ognisku, racząc się rozlicznymi mięskami i kiełbaskami z grilla, których strawić by się nie udało bez udziału dobrze zmrożonej wódeczki. W piątek wieczorem nasze niskie progi zaszczycił tegoroczny Jubilat, czyli Bogdan, zwany również Bodkiem lub Bodzisławem wraz z małżonką, Ewą. Ognisko tym razem było nieco krótsze niż zwykle z racji ich zmęczenia po trasie, acz nie pozbawione miłych akcentów, jako że już od południa przed domem zainstalowana została tzw. „pipa” z piwem (a druga beczka, czyli „kega” czekała w odwodzie). Impreza urodzinowa rozpoczęła się oficjalnie w sobotę około 10 rano, kiedy wręczyliśmy Jubilatowi prezenty, na co z czeluści swoich bagaży wydobył on był Rakiję (właśnie wrócił z rejsu w Chorwacji), wspaniałą, własnej produkcji orzechówkę, oraz (specjalnie, jak mi się wydaje pod moim adresem, irlandzką [nomen, omen] whiskey – od razu zaznaczam, że nie rzuciłem się na nią jak cham, a pierwszą szklaneczkę „zażyłem” dopiero po 17. Ma się tę klasę, no nie ?!). Co prawda o klasie można by było podyskutować  dopiero w niedzielę rano, kiedy się okazało, że whiskey zostało nie więcej niż 100 ml, a o ile pamiętam, , nikt mi w jej konsumpcji nie pomagał (Wyspiarka potwierdza). W każdym razie impreza trwała  długo i owocnie, prawie do białego rana. Końcówka została upamiętniona t.zw. „pidżama party”, podczas której Wyspiarz, aczkolwiek wystąpił w pidżamie i czerwonym, kowbojskim kapeluszu, został zdeklasowny przez Jubilata, ubranego w nocną koszulę swojej żony. Rano wykonaliśmy seans w saunie, co bardzo dobrze, wręcz rewelacyjnie, robi na ewentualne pozostałości imprezy (wszystko pięknie się wypaca), po czym za kółko, i tylko małe (tym razem, bo w dzień – 7 godzin), i już w domu :D
Dziś rano, jako, że wszyscy obecni byli już w wieku „okularniczym”, z ust Kasi padło ryzykowne skąd inąd twierdzenie, że ostrość wzroku poprawia seks. Na tej kanwie, jeszcze w Borach powstał mały, wierszowany tekścik, który pozwalam sobie zamieścić jako podsumowanie tej notki:

SEX A OSTROść WZROKU

DZIWNĄ TEORIĘ NASZA KASIA
OD RANA DZISIAJ NAM WYGłASZA
TWIERDZI DZIEWCZYNA MIANOWICIE
W OPARCIU O SWE DłUGIE żYCIE
ŻE TAK TO DZIWNIE W ŻYCIU JEST
ŻE WZROK WYOSTRZA OSTRY SEKS!

NIE WIEM, CO NA TO OKULIŚCI,
ORAZ OD SEKSU SPECJALIŚCI,
TRZEBA BY TAKŻE, CHOĆ Z SYMPATII
ZAPYTAĆ SPECÓW OD GERIATRII.
CZY RZECZYWIŚCIE TAK TO JEST
ŻE WZROK WYOSTRZA OSTRY SEKS!

GDY POŁĄCZYMY SIĘ WIĘC W PARY
ZBĘDNA NAM BĘDĄ OKULARY
CZYTAĆ BĘDZIEMY BEZ USTERKI
nawet najmniejsze te literki
JEŻELI TAK NAPRAWDĘ JEST
ŻE WZROK WYOSTRZA OSTRY SEKS!

Znieczulica

7 komentarzy

Wszyscy uważamy, że w razie zaobserwowanej przemocy w rodzinie należy interweniować, i mnie na przykład się to czasem zdarzało. Faktem jest, że często skutek był taki, jak w sprawie, która wydarzyła się dzisiejszego poranka, a o której piszę „na gorąco”, zanim ochłonę:
Byłem przed chwilą na porannym spacerze z Amelką. Zimno, deszcz, prawie pusto na naszych „Plantach” , tym szybciej moją uwagę zwróciły podniesione głosy. Patrzę, a koło jednej z ławek awanturuje się para – na oko oboje koło 40-tki. Wyglądali trochę na ludzi z marginesu, więc w pierwszej chwili chciałem się nie wtrącać, ale kiedy dostrzegłem, że chłop walnął kobietę w twarz – nie zdzierżyłem. Podbiegłem do nich, szarpnąłem gościa za ramię i krzyczę, żeby przestał, bo inaczej ja mu przyłożę. I co? Ano oboje zgodnie omal się na mnie nie rzucili, wrzeszcząc, żebym się nie wpier… w ich sprawy. Chyba by się skończyło szarpaniną, gdyby nie to, że Amelka pokazała im ząbki, a ma co pokazywać. Kochany piesek! Takie reakcje niestety już mi się kilka razy zdarzyły wcześniej. Awantura, ale w razie interwencji z zewnątrz, natychmiast zgodny front przeciw tej interwencji. Po kilku takich zdarzeniach odechciewa się interweniować, tylko potem, gdy zdarzy się coś naprawdę złego, wszyscy mówią o powszechnej znieczulicy. Nie mam recepty na to, jak należy postępować w takich przypadkach, zwykle reaguję instynktownie (Wyspiarka zwraca mi w takich momentach uwagę, że już nie mam 30 lat, ale jakoś nie mogę się powstrzymać, często widząc, że młodzi się przyglądają i nie reagują). Cóż, chyba mi przyjdzie robić za starego, śmiesznego Don Kichota :P

Oj, różnych Bozia ma lokatorów. Oto odtworzenie rozmowy
telefonicznej Wyspiarza z Klientem:

W: Słucham, firma A…

K: Czy to firma A…?

W: Tak, tu firma A…, w czym mogę pomóc?

K: Wy się zajmujecie detektorami gazów?

W: Tak, w tym się specjalizujemy

K: A czy detektory dwutlenku węgla też macie?

W: Tak, mamy, ale czy mógłbym wiedzieć, do jakiego typu
obiektu są potrzebne?

K: Do kotłowni.

W: Węglowej, czy gazowej?

K: Gazowej

W: Proszę pana, do kotłowni gazowej potrzebuje pan zgodnie z
przepisami detektora metanu i centrali, sterującej zaworem odcinającym gazu. Oczywiście
dla bezpieczeństwa można dodatkowo zamontować detektor tlenku, a nie dwutlenku
węgla, ale nie jest on obowiązkowy.

K: To nie macie na dwutlenek?

W: Mamy, ale do kotłowni gazowych się ich nie stosuje.

K: Acha, no to dziękuję

W: Chwileczkę, przecież mówiłem przed chwilą, że stosowanie
detektorów metanu sterujących zaworem odcinającym jest według polskich
przepisów obligatoryjne we wszystkich kotłowniach o mocy ponad 60 kW, może
porozmawiamy na ten temat?

K: Acha, no to co ja muszę zainstalować?

W:….(wymienia konfigurację urządzeń)

K: Acha, to na dwutlenek węgla nie trzeba?

W: Nie. Jeśli już, to na tlenek węgla

K: Ale przecież dwutlenkiem węgla można się zaczadzić

W: Nie, proszę pana, zaczadzić się można tlenkiem węgla. Dwutlenek
nie jest trujący, tylko powoduje wypieranie powietrza i może spowodować
uduszenie z braku tlenu

K: No to jak to jest, mówił pan, że na dwutlenek nie trzeba

W: W kotłowniach nie trzeba, bo występujące tam ilości
dwutlenku węgla są absolutnie nieszkodliwe

K: No to gdzie trzeba?

W: Na przykład w browarach, gdzie występują procesy
fermentacyjne, poza tym piwo się nasącza dwutlenkiem węgla, więc tam występuje
w dużych ilościach.

K: Panie, coś pan kręci. Mówi pan, że nie trzeba, a ja
właśnie do browaru.

W: Mówił pan, że do kotłowni.

K: Tak, ale w browarze!

W: Ale czy ta kotłownia jest w budynku, gdzie jest
instalacja dwutlenku węgla?

K: Nie, w osobnym budynku.

W: No to detektor dwutlenku węgla nie jest tam potrzebny.

K: Ale mówił pan, że w browarze jest potrzebny.

 

Nie chcę się rozpisywać, w rezultacie po niemal półgodzinnym
tłumaczeniu dogadaliśmy się wreszcie, ale podziwiam się, że w trakcie rozmowy z
tym mistrzem intelektu nie zacząłem „rzucać mięsem” :P

Klamra

3 komentarzy

Życie pisze zadziwiające scenariusze. Za trzy dni minie 30
lat od dnia, kiedy powiedzieliśmy sobie z Wyspiarką sakramentalne (acz „cywilne”)
„TAK”, a za cztery tygodnie od dziś przyjdzie powiedzieć owe „TAK” naszemu
Synowi…

Wydaje mi się zatem, choć mam nadzieję, że jeszcze nie czas
umierać,  jest okazja na dokonanie pewnego podsumowania minionych niestety,
najbardziej aktywnych lat naszego życia.

Czego dokonaliśmy? Wszystko zależy od punktu widzenia i
skali, ale z mojej perspektywy – wcale nie tak mało :P

Zaczynaliśmy praktycznie od zera, w jednym pokoiku,
wspaniałomyślnie oddanym nam do dyspozycji przez niezapomnianą Babcię Wyspiarki.
Przez cztery pierwsze lata naszego małżeństwa żyliśmy z moich zarobków (praca,
kosztorysy „na fuchę”, jakieś projekty, prowadzenie kartotek magazynowych na
dodatkowe pół etatu – robiło się to i owo) – Wyspiarka studiowała wówczas na
dziennych studiach. Bywało ciężko, ale założyliśmy sobie, że utrzymamy się
sami, i to się udało. Po studiach Wyspiarka natychmiast podjęła pracę, i odtąd,
 rzecz jasna, sytuacja zaczęła ulegać
systematycznej poprawie…

Co osiągnęliśmy w sferze zawodowej?

- Wyspiarka (26 lat stażu pracy) – od 10 lat jest
Kierownikiem Zespołu Psychologów w prestiżowej klinice, ze sporym dorobkiem
naukowym i II stopniem specjalizacji z psychologii klinicznej.

- Wyspiarz (34 lata stażu pracy) – po niemal 20 latach pracy
w państwowych firmach (w tym przez 9 lat na stanowisku Głównego Technologa, a
ostatnich 8 na stanowisku Głównego Energetyka), od 16 lat dyrektor we
współtworzonej przez siebie technicznej firmie prywatnej.

Największym „dorobkiem” w sferze osobistej jest oczywiście
nasz Syn, Michał, zwany Dwaxelem, od niedawna świeżo upieczony magister
filozofii (po UJ), za 4 tygodnie świeżo upieczony małżonek świetnej dziewczyny
zwanej Aglais, czyli krótko mówiąc, Asi. Cenimy sobie również fakt, że przez te
wspólne lata dorobiliśmy się grona wiernych i wypróbowanych przyjaciół, z
których większość jest nimi od 30 lat i dłużej.

A w sferze uczuciowej? Moim zdaniem najistotniejsze jest, że
po tych wszystkich latach pozostaliśmy nie tylko małżeństwem, ale nadal darzymy
się uczuciem, szacunkiem i zaufaniem. Nie mam (mam nadzieję, że Wyspiarka
podziela moje odczucia) najmniejszych wątpliwości, że bez względu na
okoliczności, każde z nas znajdzie w drugim zawsze pełne wsparcie i pomoc w
każdej sytuacji. Jest to moim zdaniem najważniejsze, i każdej parze życzę, żeby
po 30 latach mogła to samo powiedzieć o sobie :D

I dlatego, moja Miła, po wspólnie spędzonych 30 latach,
chciałbym Ci podziękować za to, że jesteś, i za to, że jesteś taka, jaka
jesteś, i za to, że zawsze byłaś taka, jaka byłaś. :D

Staram się rzadziej nieco pisać o polityce, bo kiedy się za to biorę niebezpiecznie rośnie mi ciśnienie i istnieje obawa, że szlag mnie trafi jeszcze przed przypadającym za miesiąc i dwa dni ślubem Aglais i Dwaxela (patrz notka Aglais), a tego bym sobie nie darował :P Mimo wszystko, kiedy słucham, co się wyprawiało i wygadywało w ostatnim czasie w związku z rocznicą podpisania porozumień sierpniowych, rocznicą uhonorowania Wałęsy Noblem, czy też ostatnio, na konferencji z okazji 30 rocznicy założenia wolnych związków zawodowych, nie wytrzymuję, i po zażyciu stosownych leków na obniżenie ciśnienia, spróbuję, zgodnie z sugestią Dwaxela, w sposób wyważony i stonowany odnieść się do tych żenujących faktów. Zastanawiają mnie przede wszystkim motywy tej gromady kundli, często kiedyś rzeczywiście zasłużonych dla antykomunistycznej opozycji, dziś pętających się na peryferiach polityki w jakichś egzotycznych, kanapowych partyjkach lub w redakcjach czasopism, które znane są jedynie publikującym w nich autorom. Nie przychodzi mi do głowy nic innego, jak potworne pokłady frustracji, że oto nie oni postrzegani są jako rzeczywiści przywódcy ruchu, nie oni cieszą się międzynarodowym autorytetem, nie o ich wystąpienia zabiegają najbardziej szanowane uczelnie i instytucje, nie oni w końcu zbierają z tego tytułu tłuste honoraria. Najgorsze, że znaczna część tych osobników wykazywała tendencje destrukcyjne praktycznie od samego początku. Kiedy w 89 roku miałem zaszczyt być wybrany do t.zw. Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie (tak to się wtedy nazywało), a w pierwszych (prawie) wolnych wyborach, zostać t.zw. mężem zaufania ze strony „Solidarności” w mojej komisji wyborczej, już wtedy zauważałem tendencje do marginalizowania lewego skrzydła tego ruchu, zrzeszającego wówczas ponad podziałami ludzi o różnych poglądach. Celowali w tym działacze pierwszej partii Jarka K. (to ten bez pieprzyka) – P.C. – Porozumienia Centrum, o którym sami ci działacze mówili z upodobaniem z angielska „pi si” ( czy to Wam czegoś nie przypomina ?). Tenże Jarek K. na wyżej wzmiankowanej konferencji stwierdził: „Musimy sami pisać historię, bo jak nie, napiszą ją za nas inni!”. No i piszą, kurde! Takim jak ja, pamiętającym świetnie tamte czasy, specjalnej wody z mózgu nie zrobią, ale co z młodzieżą, która (widziałem wczoraj w TV) nie wie, czy Walentynowicz to mężczyzna, czy kobieta? Wkrótce dowiemy się, że tak naprawdę, to strajk w Stoczni Gdańskiej prowadziły dwa kaczory, które na swoich krótkich skrzydełkach przeleciały nad stoczniowym płotem, a Wałęsa, Borusewicz i Lis dowodzili pacyfikacją dokonaną przez ZOMO (słynne: „my stoimy tam gdzie wtedy, oni tam, gdzie wtedy stało ZOMO”). A przecież kaczorów nie było wtedy nawet w stoczni, byli za to Mazowiecki, Geremek, Lityński, dziś odżegnywani od czci i wiary, często przez typki, o których nikt w czasach powstawania Solidarności nie słyszał. Historia musi być obiektywna, a nie pisana na polityczne zamówienie jakiejś frakcji. Do młodych na ogół czytelników tego blogu apeluję więc: Nie dajcie się nabrać na historię w wersji IV RP!

W otaczającym nas tempie życia możemy nie zauważać wielu ważnych spraw. Sąsiadka z sińcem pod okiem wstydliwie przemyka w ciemnych okularach, zważając, by nikt się jej szczególnie nie przyglądał…
Dziewczynka z wyraźnie naderwanym uchem, zasłania je nerwowo dość rzadkimi włosami.
Na ręce, wystającej z bluzki o krótkich rękazach, czernieje siny ślad przemocy…
Letnie wieczory sprzyjają spacerom z psem. Otwarte okna, jak konfesjonały, dają mi wiedzę o tym, co się dzieje w wielu „rodzinach” moich sąssiadów. Krzyki, przekleństwa, odgłosy uderzeń, płacz bitych kobiet i stłamszonych dzieci, splątany język rodziców z trudem artykułuje przemoc, i skargę na tę przemoc właśnie. Chciałoby się powtórzyć znane motto: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”… Ale czy ludzie? … LUDZIE ???


  • RSS