wyspiarze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2008

Pokolenie

3 komentarzy

Po tych wszystkich patriotycznych wpisach, jakoś tak mi się napisało, niestety znowu wierszem. Nie jestem do niego nadmiernie przywiązany, więc zniosę krytykę :P

Jedni skończyli w Katyńskiej mogile
Inni na zsyłce w mrozach na Syberii
A jeszcze innych rodacy-ubole
Gnoili w ciasnej, betonowej celi

Jedni przegrani, choć nie pokonani
Francję i Anglię od wroga bronili
A inni w lasach walczyli z wrogami
Za wolną Polskę, za kraj swój się bili

Chłopcy z Narwiku, żołnierze z Tobruku
Lotnicy z Anglii polskich dywizjonów
Zdobywcy Monte Cassino Klasztoru
Chcieliby w chwale powrócić do domów

Niektórych krzyże zdobiły zaszczytne
Innym wzbroniono się zwać Polakami
Choć dla Ojczyzny, dla miłości czystej
Życie i zdrowie składali na szali

Nasza historia, to raj dla prześmiewców
Bo jakoś marnie wyciągamy wnioski
Z naszej historii, z naszych nowych dziejów
A szkoda, kurde, bo to los nasz, polski

Ponieważ ilość i objętość komentarzy do ostatniej notki Dwaxela wkrótce spowoduje zakorkowanie jego blogu, proponuję przenieść dyskurs tutaj, zwłaszcza, że poniekąd moje komentarze wywołały do pewnego stopnia tą burzę w szklance wody. Pozwólcie zatem, że przedstawię swoją opinię na kilka poruszanych przez Was tematów. Zastrzegam, że jest to opinia subiektywna i nikogo nie zamierzam zmuszać do tego, aby się z nią zgodził.
Podstawową sprawą, jak słusznie twierdzi Koticzka są priorytety. Mogę zrozumieć, że dla kogoś priorytetem jest oddalenie się na bezpieczną odległość od miejsca, gdzie jego samego albo bliskich mu ludzi może spotkać coś złego, ze śmiercią włącznie. Dla mnie natomiast chęć ochronienia najbliższych jest oczywiście jednym z ważniejszych priorytetów, ale równie ważnym jest zrobienie wszystkiego, aby terytorium mojego kraju (przy pełnej świadomości jego wad) nie deptał już nigdy bucior jakiegokolwiek okupanta. Pytasz Ewelino o zdanie Wyspiarki. Odpowiadam: Kiedy przeczytała mój komentarz, że być może gdybym siedział na dupsku i nic nie robił w razie konfliktu, zagrażającego mojemu krajowi, obawiałbym się utraty szacunku, jakim (mam nadzieję) się u Niej cieszę,  stwierdziła krótko: Dobrze napisane! To chyba jasna odpowiedź. Nic na to nie poradzę, ale w tej materii nasze priorytety są inne niż Wasze, chyba z powodu różnicy pokoleń, jak wcześniej pisałem. Pewnie dodatkowo grają rolę inne aspekty, jak wychowanie na literaturze romantycznej oraz świadomość, że można nawet swojej ojczyzny nie lubić, ale zawsze w razie potrzeby trzeba jej bronić. W notce Dwaxela najbardziej „ruszyło” mnie ostatnie zdanie, żeby za ojczyznę ginęli ci, którzy w nią jeszcze wierzą. Otóż ja, świadomy wszystkich wad, draństwa, prywaty, hucpy i tak dalej, i tak dalej, ja jeszcze wierzę!
Zgadzam się z Koticzką, że inklinacje do emigracji albo się ma, albo nie. Ja nie mam, w związku z czym nawet wtedy, gdy mnóstwo moich znajomych emigrowało, nigdy poważnie takiej opcji nie rozważałem. A miałem możliwości i propozycje.
Kruku, jest chyba tak jak piszesz. Widzisz rzeczywistość tak, jak chcesz ją widzieć. Ochroniarze w hipermarketach łażący za klientem?! To coś zupełnie nieprawdopodobnego! Nigdy mi się nic podobnego nie zdarzyło, nawet w czasie, kiedy Wy jeszcze byliście w Polsce, a co dopiero teraz, kiedy naprawdę poziom i kultura obsługi w takich miejscach zdecydowanie się poprawiły. Podobnie w urzędach, ostatnimi czasy jest coraz lepiej, uprzejmiej i bardziej kompetentnie – nie dalej jak w ubiegły piątek załatwiałem ważną sprawę i jestem pod wrażeniem poprawy w stosunku do tego, co było, kiedy identyczną sprawę załatwiałem przed dwoma laty.
Pewnie, że są i dziedziny, gdzie jest fatalnie,i służba zdrowia do nich należy, choć już dziś w prywatnych przychodniach i klinikach można być obsłużonym na europejskim poziomie, tyle, że trzeba za to zapłacić.
Reasumując, wydaje mi się, że ani w Irlandii nie jest tak źle, jak sądzi Koticzka, ani w Polsce, jak sądzą Kruki. Niech więc każdy wybierze sobie to miejsce na ziemi, które mu odpowiada, a jak mu tam źle, niech je w miarę możliwości zmieni :P

No i porobiło się po ostatniej notce Dwaxela. Tym razem pokolenia się nieco zantagonizowały. Szczerze mówiąc, choć nikt tego nie pisze, wszyscy wiedzą, że głównym powodem konfliktu jest właśnie różnica pokoleniowa. Wy wszyscy jesteście jak gdyby na starcie dorosłego życia. Kruki lada moment oczekują Antosia, Aglais i Dwaxel są niespełna dwa miesiące przed ślubem, tymczasem ja już drzewo posadziłem, syna spłodziłem i wypuściłem z gniazda, dom (no dobrze, mieszkanie) zbudowałem. Naturalną koleją rzeczy – Wam w świat, mnie bliżej do piachu… :P To oczywiste, że nie utożsamiam się z większością spraw, które aktualnie dzieją się w naszym, skądinąd pięknym kraju. Mam świadomość, jakie „wartości” preferuje współczesna młodzież, tak zwane „elity polityczne” przyprawiają mnie o odruchy wymiotne, o fasadowym patriotyźmie pisałem już na tym blogu (nawet, za przeproszeniem, wierszem – zainteresowanych odsyłam do archiwum). To nie jest tak, że mam klapki na oczach, i nie wiem co się dzieje. Ja po prostu nie uważam, że akurat TO, to jest POLSKA. Rozumiem Was, bo macie dla kogo (głównie dla siebie i swoich dzieci) żyć, i pewnie gdyby doszło (nie martwcie się, myślę, że jednak nie dojdzie) do otwartego konfliktu, łatwiej by mi było podejmować pewne decyzje wiedząc, że jesteście bezpieczni, poza jego zasięgiem. Więc cóż…Niech zwyczajnie każdy pozostanie przy swoim zdaniu :P Dwaxela z testamentu nie wykreślę, choć gdyby odbywało się to o jedno pokolenie wcześniej, mój Ojciec pewnie mnie by w takiej sytuacji wykreślił…

Po zamieszczeniu mojej poprzedniej notki wszczął się był ożywiony dyskurs pomiędzy osobami wśród moich znajomych najbardziej będącymi „w temacie”, bo mieszkającymi w Irlandii, tj. Koticzką i Krukami. Oceny jak widać są skrajnie różne, i nie mnie tu pełnić rolę arbitra, jako że tam nie byłem, i moja wiedza jest czysto teoretyczna. Wiem natomiast z kontaktów z innymi nacjami, że generalnie przedstawiciele krajów tak zwanej starej unii oraz (i to już jest paranoja) Amerykanie, z założenia uważają się za kogoś lepszego od mieszkańców Europy środkowej i wschodniej, w tym Polaków. W ogóle, jest jakaś taka prawidłowość, że czym bardziej na zachód, tym bardziej rozwinięte ego. My na przykład mamy się generalnie za lepszych od Ukraińców, Białorusinów czy Rosjan. Oni z kolei – od Kazachów, Gruzinów, Ormian i innych nacji, żyjących na wschód od nich. Skąd to się bierze, nie wiem, ale tak jest. Prawda jest tymczasem taka (i tu się zgadzam z Koticzką), że poziom wiedzy ogólnej mieszkańców starej unii, jest generalnie porażająco niski. Uczestniczyłem w kilku dyskusjach w międzynarodowym gronie, przy czym trzeba dodać, że było to w trakcie konferencji naukowych, więc nie byli to przypadkowi ludzie z ulicy, z których wynikało, że mają głęboko zakodowane stereotypy Polaka jako kombinatora, pijaczka i biednego głupka, a Polski jako kraju, w którym białe niedźwiedzie pętają się po ulicach. Pobyt tych samych ludzi w Krakowie był ogromnym dla nich szokiem, bo okazało się, że to miasto porównywalne do ich zachodnich metropolii, a w niektórych przypadkach nawet bardziej cywilizowane (pamiętam na przykład zdziwienie mieszkanki Paryża, że nie ma u nas dzielnic tak niebezpiecznych jak te u nich, które zamieszkane są w większości przez imigrantów z krajów arabskich). Wydaje mi się, że to wybujałe ego ma przełożenie na sposób traktowania naszych rodaków w krajach Zachodu, i w tym przynajmniej pokoleniu to się raczej nie zmieni. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że w miarę upływu czasu, i w miarę wzajemnego poznawania się, te schematy będą się powoli zmieniać. I tym optymistycznym akcentem zakończę tę notkę, jako że czas udać się do pracy i zacząć zarabiać na przysłowiowy kieliszek chleba :P

W dzisiejszym dodatku do „Gazety Wyborczej” p.t. „Duży Format” znalazłem przejmujący artykuł „Wyjść po angielsku”, dotyczący samobójstw wśród polskich emigrantów w Anglii i Irlandii. Wstrząsające! Zjawisko zaczyna się niepokojąco nasilać, a jego powody to frustracja, brak pracy, zbyt niskie zarobki, alkohol, narkotyki i t.zw.angielska choroba, spowodowana klimatem. Wielu ludzi, którzy w swojej naiwności emigrowali na wyspy z naiwną nadzieją na swoiste El Dorado, często bez zawodu, elementarnej nawet znajomości języka i z kilkuset funtami lub euro w kieszeni, natykając się na problemy, bez wsparcia rodziny i znajomych, wybiera niekiedy rozwiązanie ostateczne…Zjawisko jest szczególnie częste wśród najnowszej fali emigracji, w której, w odróżnieniu od pierwszej fali, gdzie przeważały osoby dynamiczne, dobrze wykształcone, znające język, przebojowe, znalazło się sporo nieudaczników, chcących uciec od nieudanego życia w Polsce, tkwiących w mylnym przekonaniu, że „jakoś to będzie”. Kiedy okazuje się, że „jakoś nie jest”, często kończy się na sznurze lub pod pociągiem.
Mam tylko nadzieję, że problem nie dotyczy naszych znajomych, którzy na wyspach się znaleźli. Kruki lada moment oczekują Antosia, poza tym mają siebie, a w razie potrzeby wsparcie przyjaciół w kraju. Koticzka, której nie znam osobiście, sprawia jednak wrażenie osoby zupełnie innego kalibru, nie mówiąc o tym, że może z pewnością liczyć na Połowica (a poza tym ma kota :P) Tak, czy owak, nie można problemu nie zauważać. A najgorsza jest ta presja przed powrotem z niczym, bo „co ludzie powiedzą”…

W ostatnich dniach Kraków ominęły na szczęście kataklizmy pogodowe, jakie stały się udziałem innych rejonów Polski, jak opolszczyzna, którą wczorajszego wieczoru nawiedziło regularne tornado, niszcząc doszczętnie kilkaset domów, czy Śląsk, gdzie zanotowano grad wielkości t e n i s o w y c h   p i ł e k, a które to kataklizmy spowodowały w Polsce minimum trzy ofiary śmiertelne, ale pogoda u nas też jest beznadziejna: leje niemal non-stop, jest wietrznie i ponuro. Myślę, że tym razem moglibyśmy spokojnie konkurować z Irlandią. Nawet Amelka, która zwykle nie wygląda na zachwyconą, kiedy kończy spacer, tym razem po załatwieniu swoich potrzeb raźnie zawraca w stronę domu. Szczęście w nieszczęściu, że na obecny, przedłużony z powodu święta o piątek week-end zaplanowałem zrobienie sporego projektu, który musi być gotowy na poniedziałek. Pogoda na takie przedsięwzięcie okazała się idealna – nie żal było spędzić dwóch dni przy komputerze. Przed chwilą właśnie zakończyłem to przedsięwzięcie – wyszło całkiem okazałe – 32 strony.w tym 21 rysunków i schematów. Cóż więc począć z końcówką tego dnia, w którym pogodę można w myśl obowiązujących w Polsce standardów określić na dwa sposoby: jako psią pogodę, lub pogodę barową. Zachowanie Amelki, które wcześniej opisałem świadczy, że określenie „psia pogoda” jest nieadekwatne, pozostaje więc pogoda barowa. Spójrzmy więc, co tam mamy w barku? Całkiem nieźle, choć na dziś preferencje będą zmierzać w stronę dobrze zmrożonego, pszenicznego Nemiroff’a (ukraińska wódka, według mnie dużo lepsza od „Bolsa” czy „Finlandii”), o takiej temperaturze, że jej konsystencja staje się wręcz oleista. Wieczór przy kominku i kieliszeczku – może to jakoś zrekompensuje tą psią – barową pogodę :P

Spora grupa osób uważa, że dobrzy teściowie, to martwi teściowie. Jakim więc należy być teściem, żeby nie być w ten sposób postrzeganym? Problem ten nurtuje mnie co czas jakiś, a im bardziej zbliża się moment, w którym w roli teścia zadebiutuję (a to już niespełna dwa miesiące :P), tym częściej. Najbardziej się martwię, żeby stosunki między młodymi a nami nie zeszły na drogi konwenansu. Wypada odwiedzić teściów w imieniny, urodziny, Dzień Matki lub Ojca, no to trudno, odwiedźmy! Boję się, aby obecne, jak mi się wydaje bardzo dobre nasze relacje z obojgiem nie ewoluowały właśnie w tym kierunku. Sposób, aby tego uniknąć widzę po przemyśleniu tylko jeden, a jego opis zawiera się w jednym prostym zdaniu, które brzmi: Nie wpieprzać się w ich życie! Nawet jeśli wydaje nam się, że pewne rzeczy MY załatwilibyśmy inaczej, nawet jeśli jakaś ich decyzja zdaje nam się błędna, przez chwilę nie można zapominać, że to Ich życie. Stare góralskie przysłowie mówi: „Jak się nie wywrócis, to się nie naucys”. I pewnie nie jeden raz będą musieli się wywrócić, żeby potem pozbierać się bogatsi o nowe doświadczenie. I choć nam wydaje się, że przecież wiemy, czym taka czy inna sytuacja się może skończyć, więc czemuż by dla ich dobra nie interweniować, nie wolno tego robić pod żadnym pozorem!
Przykład? Proszę bardzo! Wkrótce Michała czeka poważna rozmowa, która może mieć wpływ na całe jego dalsze życie. A że będzie to rozmowa poniekąd biznesowa, jako człowiek od kilkunastu lat prowadzący swój biznes i posiadający w tym względzie szereg dobrych i złych doświadczeń, zaoferowałem mu swój w niej udział z głosem doradczym, na co druga strona wyraziła zgodę. I co? No nie, nasz syn jest zbyt dobrze wychowany, żeby mi wprost powiedzieć, cobym się odchrzanił od tego, bo to jego sprawa, ale widząc absolutny brak entuzjazmu do tego pomysłu, postanowiłem odpuścić. Doszedłem bowiem do wniosku, że młody mężczyzna, podejmując tak ważką i odpowiedzialną decyzję, chce to zrobić na swój wyłączny rachunek. I, prawdę mówiąc, nie można mu się dziwić! Co innego oczywiście, jeśli zwróci się o radę. Wówczas sytuacja jest zupełnie klarowna, ale samemu przed szereg wybiegać nie wolno!
I takie to przemyślenia są moim udziałem w tym względzie, albowiem bycie dobrym teściem, podobnie jak bycie dobrym ojcem, wcale nie jest takie proste. :P

Urlop, urlop, i już po, niestety. Szesnaście dni, które
spędziliśmy na Kociewiu w Borach Tucholskich, minęły jak chwilka. Pogoda, która
z wyjątkiem jednego dnia udała się wspaniale, towarzystwo starych przyjaciół
przez pierwszy tydzień, a później Asi, Michała i ich kolegi – Piotrusia,
kąpiele w jeziorze, leśne spacery z Amelką, rytualne piwko, wypijane co dzień
na tarasie sklepu Basi i Rysia przy wtórze klekotu gniazdujących od lat na
najbliższym słupie bocianów, wieczorne seanse w saunie – czyż trzeba czegoś
więcej do szczęścia? Nawet brak zasięgu telefonu, a przez to i brak połączenia
z siecią, miał swoje dobre strony. Nieliczne telefony, którym udało się dopaść
mnie na zakupach w sąsiednim miasteczku, stanowiły drażniący dysonans w
sielance, jaką było te kilkanaście dni. Zawsze zachwycał mnie leniwy spokój,
jaki daje się zauważyć w życiu tych okolic. Nikt się nigdzie nie spieszy, na
piwie u Basi o określonej porze spotyka się codziennie tych samych ludzi, z
którymi nieodmiennie wymienia się uwagi o pogodzie, braku grzybów tego roku,
czasem jakiś dowcip. O przemijaniu czasu świadczą tylko drzewa, które sadziło
się 10 lat temu, a dziś są już całkiem spore. Punkt charakterystyczny, młodniak
sosnowy, za którym trzeba było skręcić z leśnej drogi, aby podjechać po dom,
przestał być młodniakiem, i stał się całkiem już okazałym laskiem.

Cóż może dorównać urokowi wieczornych ognisk, dźwiękowi
gitary, salwom młodego śmiechu, smakowi dobrze zmrożonej wódeczki, pitej pod
grilowane potrawy pod rozgwieżdżonym niebem?

To zabawne, ale nawet telewizora z całkiem sporym
repertuarem satelitarnych programów, praktycznie nie włączaliśmy (z jednym
wyjątkiem – wyścigi F-1 na Hungaroringu). W zamian toczyliśmy boje na arenach
gier planszowych, albo turnieje scrabbla.

 

Żal mi tych tabunów ludzkich, tłoczących się na zapełnionych
do granic możliwości plażach, przepychających się w poszukiwaniu wolnego
stolika w kawiarniach modnych kurortów, obżerających się niedopieczonymi
goframi ze śmietaną, stanowiącą głównie produkt chemiczny, albo smażonymi w
cokolwiek nieświeżym oleju frytkami. Żal mi tych głupców, szpanujących na
wieczornej dyskotece lub dancingu „trendy” toaletami, fryzurami, tipsami i
innymi wynalazkami. Żal mi i tych, co to od rana ledwie patrzą przez
zapuchnięte oczęta, wlewając w siebie kolejne hektolitry puszkowego piwska.

 A najbardziej mi ich
żal z tego powodu, że z kolei oni nie mogą zrozumieć, jak można chcieć spędzać
wolny czas tak jak my! :P

 

Całe szczęście, że jeszcze na kilka dni tam wrócimy we
wrześniu na 50 urodziny Bogdana. Może tym razem dopiszą również grzyby, które w
tym roku z powodu suszy w tych rejonach są absolutnie nieosiągalne. Jedno,
czego mi w tym roku zabrakło, to tradycyjnej jajecznicy na kurkach, którą
zajadaliśmy się tu co roku.


  • RSS