wyspiarze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2008

Ostatnio wdałem się z kimś w wymianę zdań na temat
poszukiwania korzeni (zaczęło się od heraldyki). Ci, którzy mnie lepiej znają,
wiedzą, że ten temat zawsze mnie dosyć interesował, może dlatego, że rozliczne
wojny i zawieruchy dziejowe mocno przetrzebiły dość liczną kiedyś rodzinę.
Zresztą to naprawdę ciekawe, kiedy się na przykład odkrywa, że jeden z przodków,
w czasach, kiedy jeszcze nie używało się nazwisk rodowych, ale już używało się
herbów, noszący na tarczy herb „Korczak”, zdobył pod Grunwaldem chorągiew
ochotników z Alzacji, walczących po stronie Zakonu, albo że aż trzech
protoplastów było pośród słynnych Szwoleżerów Gwardii za czasów napoleońskich
(w tym jeden od samego początku, również pod Somosierrą). Nie starcza mi na
razie czasu, żeby kontynuować poważne studia historyczne w tej dziedzinie,
pewnie zajmę się tym na zasłużonej emeryturze, jeśli oczywiście ZUS do tej pory
nie ogłosi upadłości, co wcale nie jest wykluczone.

Interesujące jest natomiast to, że niemal wszyscy, z którymi
na ten temat rozmawiam, w mniejszym lub większym stopniu podzielają te
zainteresowania. Chyba jak dotąd zdarzył mi się tylko jeden przypadek, kiedy
rozmówca oświadczył, że przeszłość jego rodziny w najmniejszym stopniu go nie
interesuje. Najśmieszniejsze zresztą jest to, że kiedy się ode mnie dowiedział,
że  jego nazwisko, dość „plebejsko”
brzmiące, to prawda, nosiła herbowa szlachta, natychmiast zaczął mnie wypytywać
o szczegóły. No cóż, „noblesse oblige” :P

Osobiście uważam, że zainteresowanie przeszłością rodziny
jest czymś zupełnie naturalnym i wręcz wskazanym, bo poza tym, że pomaga poznać
historię familijną, rozwija wiedzę o historii jako takiej. Żałuję, że kiedy mój
Ojciec opowiadał mi o pewnych wydarzeniach z historii rodziny, nie prowadziłem
notatek. O tym na przykład, że rodzina Taty została przez władze carskie
przesiedlona z kongresówki w głąb Rosji w przededniu wybuchu I Wojny Światowej
z powodu patriotycznej działalności Dziadka dowiedziałem się od Stryja już po
śmierci Ojca. A powinienem się zastanowić, jak to się stało, że Tato jako
dziecko spędził lata  I Wojny i rewolucji
bolszewickiej w Nowgorodzie (co zresztą we wrześniu 1939 roku uratowało Mu
życie – ale to już inna bajeczka).  Dziś
niestety za późno na pytania… W latach mojego dzieciństwa przyznawanie się do
„niesłusznego” pochodzenia było bardzo źle widziane, toteż nikt o zdrowych
zmysłach się z tym szczególnie nie obnosił, ale kiedy Tato pokazał mi, jak
wygląda herb naszej rodziny (a byłem wtedy świeżo po lekturze „Trylogii”),
poczułem coś na kształt dumy, że nasz herb jest tym samym, jakiego używał
Wołodyjowski. Cieszę się, że zdążyłem pewną wiedzę o rodzinie przekazać mojemu
synowi, mam nadzieję, że on z kolei przekaże ją swoim dzieciom. A do tego coraz
bliżej, bo właśnie dziś odbieraliśmy obrączki.

 

                       
HERB KORCZAK

                                                         

 

W minioną sobotę odwiedzili nas Jadzia z Jurkiem, moi znajomi ze szkoły średniej, od wielu lat mieszkający w Australii (Adelaida). Nie widzieliśmy się chyba od matury. Wspomnieniom nie było końca, ogólnie bardzo miłe spotkanie. Typowe losy tych, którzy z początkiem lat osiemdziesiątych nie mogli wytrzymać w Polsce: Obóz przejściowy w Austrii, blaszane baraki w obozie przejściowym w Australii, powolne „zapuszczanie korzeni” w nowym miejscu. Dziś są tam zadomowieni, dzieci mają australijskich małżonków, wnuki urodzone już na antypodach. No cóż, zastanawiam się, czy my potrafilibyśmy tak całkowicie zmienić swoje życie? Moje dotychczasowe doświadczenia dowodzą, że chyba nie. Bardzo lubię jeździć po świecie, zwiedzać nowe miejsca (byle nie w środku sezonu turystycznego), ale również bardzo lubię wracać po tym w domowe pielesze. Decyzja o emigracji (a w tych latach była to decyzja, wydawało by się, ostateczna, bo emigranci palili za sobą mosty i nie mogli np. przyjechać do Polski w odwiedziny, zanim nie dostali obywatelstwa swojego nowego kraju), dla mnie byłaby zbyt trudna. No cóż, jak to słusznie powiedziała Jadzia, nie wszyscy nadają się na emigrantów. No i ta odległość! Czym innym jest jednak wyjazd do Anglii, czy Irlandii, skąd można wrócić w ciągu kilku godzin, a czym innym eskapada do Australii, podczas której trzeba spędzić około 20 godzin w samolocie. Tak czy owak, rozpatrując w aspekcie historycznym czasy słusznie przebrzmiałego ustroju, należy brać pod uwagę niepowetowaną krzywdę, jaką ówcześnie rządzący wyrządzili (a to ładny lapsus: rządzący wyrządzili :P) narodowi, doprowadzając do emigracji takiej ilości wykształconych, przedsiębiorczych, młodych ludzi. Nie jestem rzecz jasna za tym, żeby tych starych ludzi włóczyć po sądach, ale historia ich w tej materii osądzi!

Ktoś mnie ostatnio skomplementował do tego stopnia, że aż przyprawił o zażenowanie ;P. Bo kimże ja właściwie jestem? Facet w średnim wieku (czy aby na pewno? Kto mi powie, do ilu lat liczy się wiek średni?), żyjący głównie we własnym świecie, w którym miejsce jest tylko dla tych, z którymi chcę tam być, zbrzydzony toczącym się obok wyścigiem szczurów, komercjalizacją mediów, dążeniem do zaistnienia za wszelką cenę, przerażony poziomem ignorancji t.zw. przeciętnego człowieka w podstawowych sprawach… Na szczęście lata praktyki spowodowały, że z konieczności, płyciutko, potrafię się w ten świat zanurzyć w tych sferach, jakie niezbędne są dla zapewnienia egzystencji sobie i rodzinie. Czasem jestem wręcz zmartwiony swoim brakiem ambicji do zrobienia kariery politycznej czy biznesowej, ale taka kariera wiąże się z wielką ilością rzeczy, które musiałbym robić, a których nie cierpię (no, może z wyjątkiem sukcesu na niwie literackiej, vide Szymborska, Mrożek, czy choćby Sapkowski, – tu nie koniecznie trzeba brylować w „towarzystwie”, pokazywać się w mediach i odpowiadać na durne pytania t.zw. „dziennikarzy”, ale na to niestety talencik trochę za krótki ;P). Zdarzyło mi się już w życiu, że ktoś mi zarzucał, że przebywam w „wieży z kości słoniowej” i niechętnie z niej wychodzę by przebywać wśród tłumu. To nie tak! Ci, którzy mnie lepiej znają, wiedzą, że jestem istotą bardzo towarzyską, nie obce mi posiadówy do białego rana (najchętniej przy szklaneczce dobrego whiskacza) i „długie, nocne Polaków rozmowy” – pod jednym wszakże warunkiem: trzeba mieć coś do powiedzenia;P. I ludzie, którzy znaleźli się w gronie moich przyjaciół mają, a większość z tych, zktórymi zdarza mi się spotykać przypadkowo lub z obowiązku – nie ma. Na tym w sumie polega cała różnica, przy czym krąg tych, co mają, nie jest wcale hermetycznie zamknięty, wręcz przeciwnie, z radością witam nowe twarze, wręcz zapraszając je do kręgu, o ile tylko im to odpowiada:P.
Niech więc „profanum vulgus” żyją sobie w swoim świecie, w którym im tak dobrze, a my żyjmy w naszym, od czasu do czasu, gdy to niezbędnie konieczne, zanurzając w ten drugi z pewnym obrzydzeniem ledwie duży palec od nogi ;P

P.S. W gronie osób najbliższych widzę dwie szkoły postępowania. Jedni stosują splendid isolation, zajmując się sztuką oraz (lub) przyjemnościami, wynikającymi z udoskonalania domu, uprawy winorośli, pielęgnacji drzew i ogrodu. Inni często zatkawszy nosy nurkują w świat „profanum vulgus”, bo są go najzyczajniej ciekawi, po czym wyskakują z niego niczym Mefistofeles z wody święconej, pobędą trochę na zewnątrz dla odtrucia, po czym… znowu nurkują. Wybór „szkoły” zależy od temperamentu, doświadczeń i potrzeb. Ważne, żeby i jedni i drudzy mieli miejsca i ludzi, gdzie, i z którymi mają ochotę się od czasu do czasu spotkać i po prostu… pobyć razem ;P.

Kiedy dzisiejszego przedpołudnia wtaskałem na nasze trzecie piętro dwie olbrzymie siaty z zakupami, czując, że spokojnie mogę się podrapać po kostkach od nóg bez konieczności schylania się, pomyślałem, że trzeba sprawdzić, ileż to kilogramów przyszło mi tym razem (a była to normalna, cotygodniowa porcja) dźwigać. Zważyłem więc, i wiecie, co mi wyszło? Ponad 30 kg!!! I nie, żeby było coś nadzwyczajnego. Tygodniowa porcja artykułów spożywczych, jakieś środki czystości, olej, oliwa, no, dodatkowo czteropak Tyskiego piwa i tyleż Guinessa dla Wyspiarki. Ale żeby zaraz 30 kg?! To jakaś rozpasana konsumpcja, podczas gdy na świecie głodują miliony ludzi! Z drugiej strony jednak, nie specjalnie widzę, z czego by można zrezygnować, nie redukując drastycznie poziomu życia. Wygląda więc na to, że te 30 kg zakupów co tydzień będę musiał transportować na górę (ciekawe, swoją drogą, jak długo jeszcze będę miał na to siłę :P).

Ostatnio na zaprzyjaźnionych blogach pojawiły się
rozmyślania o sensie życia. Temat, nad którym chyba każdy z nas kiedyś się
zastanawiał, ja oczywiście też, przy czym w moim przypadku już wiele lat temu
zapadła konkluzja, że tak naprawdę, to sensu w życiu trudno się doszukać. No bo
cóż nim może być? Są tacy, którzy twierdzą, że przekazanie pałeczki
pokoleniowej dalej, czyli progenitura. Ale ja pytam: po co? Czy po to, żeby ta
progenitura przekazała pałeczkę pokoleniową swojej progeniturze, a ta z kolei
swojej? To przecież zupełnie bez sensu!

Inni twierdzą, że sensem życia jest pozostawienie po sobie
śladu (najlepiej od razu w historii). Tylko to akurat w niektórych przypadkach
prowadzi do zapisywania się w historii tak, jak zrobił to Herostrates, Hitler,
czy Stalin (oczywiście z zachowaniem należytych proporcji). To chyba też nie
to, o co chodzi.

Słyszałem też teorię, że życie ma sens wtedy, jeśli w jego
trakcie maksymalnie zbliżymy się do Boga. Może, nie mnie to komentować, boć do
Św. Franciszka z Asyżu strasznie mi daleko, a sprawa jest chyba zbyt
subiektywna.

Są też tacy, którzy twierdzą, że sensem życia jest przeżycie
go w sposób maksymalnie przyjemny, i do tej teorii, aczkolwiek wiąże się z nią
cała masa haczyków (np. czy nasza przyjemność usprawiedliwia czynienie przy tej
okazji przykrości czy krzywdy innym, co często nieodłącznie idzie w parze),
jakoś mi najbliżej. Jakoś hedonizm, aczkolwiek nie pozbawiony odpowiedzialności
za siebie i najbliższych, to sposób na życie, który mógłbym, acz nie bez uwag,
zaakceptować, i w jakimś tam ograniczonym stopniu go realizuję. I tak już chyba
zostanie, jako że jestem już trochę za stary na fundamentalne zmiany
osobowości.

A więc, „Carpe diem”! :P

Jest jeszcze jedna maksyma Horacego, z którą się utożsamiam.
Brzmi ona:”Odi profanum vulgus et arceo”. Ale to już inna bajka … :P

Bardzo wiele mówi się ostatnio o sprawie tarczy antyrakietowej, zwłaszcza w aspekcie ewentualnego braku porozumienia z Amerykanami w tej materii. Cały problem polega jednak na tym, że po pierwsze, większość naszych rodaków wcale się do instalowania elementów tarczy na naszym terytorium nie pali, po drugie warunki, jakie nam Ameryka proponuje są wręcz upokarzające, po trzecie, amerykański bluff odnośnie ewentualnego montażu instalacji na Litwie (która nawet nie ma swojego lotnictwa wojskowego) jest ewidentną zagrywką taktyczną. W tej sytuacji, biorąc pod uwagę determinację Buscha aby sfinalizować tarczę przed upływem swojej kadencji w Białym Domu, usztywnienie stanowiska Tuska jest w pełni zrozumiałe i taktycznie uzasadnione. Wysyłanie w takiej sytuacji sygnału do USA przez naszą „głowę państwa”, że owa „głowa” ma w tej sprawie inne stanowisko niż rząd, to kolejny skandal i ośmieszenie Polski na arenie międzynarodowej. Muszę się solidnie mitygować, żeby nie pisać ostrzej, ale mgr Dwaxel kilka razy zwracał mi już uwagę, wię staram się być poprawny :P Faktem jest, że przychodzi mi to z dużym trudem, zwłaszcza biorąc pod uwagę osobę emisariusza, czyli niejaką Fotygę, największe nieszczęście naszej dyplomacji. No a szczytem hipokryzji jest krytykowanie przez płaskołapa i jego przydupasów zaostrzenia naszego stanowiska, kiedy jeszcze kilka miesięcy temu ci sami ludzie zgłaszali cenne uwagi odnośnie nadmiernego proamerykanizmu Tuska, a zwłaszcza Sikorskiego. Dodatkowo aktualne wypowiedzi niejaki Gosiewski okrasza komentarzami w stylu, że dzięki podjętej przez obecny rząd próbie uzyskania przy okazji istotnego wzmocnienia naszej armii, decydującą o naszym bezpieczeństwie siłą nadal będzie Rosja!
Dwaxel, oczekuję wyrazów uznania za zachowany spokój, bo w tej sytuacji to naprawdę moje duże osiągnięcie :P

Znowu będzie prywata, ale jak tu się nie podzielić taką radosną wieścią? Otóż w dniu dzisiejszym nasz Syn, Michał, znany również czytelnikom tego blogu jako Dwaxel, obronił na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego pracę magisterską i w ten sposób z wynikiem ogólnym +4 ukończył był studia wyższe. Puchniemy oboje z dumy:D. A jakoś tak jest, że w takich chwilach staje przed oczami Michał w kolejnych stadiach swojego życia, od niemowlaka, poprzez przedszkolaka, ucznia podstawówki, liceum, studenta, dziś dumny i blady pan magister, a wkrótce małżonek. Wszystko by było cacy, tylko czy ten czas musi tak pędzić? A nam się wciąż wydaje, że jesteśmy tacy sami, jak w chwili, gdy nie tak dawno, zdawało by się, sami wkraczaliśmy w dorosłe życie. Mimo wszystko o ciepłych kapciach i piecu jeszcze nie marzymy, to i owo jeszcze, mamy nadzieję, przed nami :P


  • RSS