wyspiarze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2008

Agenci

7 komentarzy

Wracałem wieczorem (ok. 21-szej) do domu. Upalny wieczór (28 st.C), wszystkie okna otwarte. Trafiłem widocznie na mniej debilnych sąsiadów, bo nagle słyszę : Miłosz, Gombrowicz, Różewicz, Mrożek, przecież to musieli być agenci, bo w tamtych czasach nie mieli by prawa wyjechać… No tak, faktycznie, bez podpisania oświadczenia, że nie będzie się działało na szkodę PRL, nikt w tych czasach by nie wyjechał na Zachód, dzierżąc w portmonentce 5 (sic !) dolarów USA na wyjazd. Oto efekt działania IPN, w którym zasiadają w większości gówniarze, którzy nie mają prawa pamiętać tamtych realiów. Nie chce mi się nawet tego komentować. GÓWNO PRAWDA, A KTO TYCH CZASÓW W PRL NIE PRZEŻYŁ, NIECH SIĘ NIE WAŻY OTWIERAĆ PYSKA!!! Dobranoc!

Ach, gdziesz są te niegdysiejsze śniegi? Był czas, kiedy nie można było nadążyć z komentarzami, tyle ciekawych rzeczy działo się na zaprzyjaźnionych blogach. Nie tylko bieżące informacje, ale jakieś próby literackie, wiersze, proza, kosmologia, wydarzenia międzynarodowe, polityka, a teraz…Jedna Koticzka dzielnie pisze kilka razy w tygodniu, ja, mówiąc nieskromnie, też się raczej nie opieprzam, ale reszta? Ja wszystko rozumiem, sesja, rychła obrona, zbliżający się ślub, Antoś w drodze, to wszystko są rzeczy ważkie i poważne, ale żeby tak wogóle nic?
Za chwilę zaczną się wyjazdy urlopowe (w Borach Tucholskich, w miejscu, gdzie się w tym roku wybieramy, zasięg Blue Connect bywa jedynie przy wiatrach południowo-zachodnich, pod warunkiem, że sołtys jest akurat w dobrym humorze, że o szybkości transmisji w tych okolicznościach nie wspomnę :P). Już teraz smutno mi się na blogi zagląda, bo jak już wspomniałem poza Koticzkowem wszędzie bez zmian, a co to będzie, kiedy na dobre zaczną się wakacje? Coś mi się wydaje, że trzeba będzie na urlopie zasiąść do jakiegoś poważniejszego tekstu, coby w długie, jesienne, a potem zimowe wieczory publikować go we fragmentach, niczym Sienkiewicz (nie Kuba, Heniek :P) …”ku pokrzepieniu serc”. A póki co, może chociaż po jednej notce tygodniowo? :P

Harmonia

2 komentarzy

Dziś przed południem, kiedy Wyspiarka oddawała się przyjemnościom przyrządzania sobotniego obiadku, udałem się z niesłychanie tym uszczęśliwioną Amelką do lasku, gdzie umówiłem się z młodzieżą. Młodzież postanowiła nieco się usportowić i pojeździć na rolkach. Spacerowałem z Amelią, rzucając jej ulubione patyczki, a oni krążyli wokół nas na rolkach, wyłaniając się w najmniej oczekiwanych momentach z bocznych alejek. Kiedy tak patrzyłem na Aglais i Dwaxela, sunących wdzięcznie z przeciwka, trzymając się za ręce, przyszła mi do głowy refleksja o harmonii. Bo tak właśnie wyglądali, harmonijnie :P Aglais poruszała się z wrodzonym wdziękiem i koordynacją, Dwaxel nieco bardziej kanciasto, ale ogólnie patrząc na nich miałem wrażenie panującej między nimi harmonii. W kontekście zbliżającego się z prędkością światła ich ślubu, wrażenie, jakie odniosłem, dobrze i szczęśliwie wróży, co mnie oczywiście, który równie dobrze jak im życzę tylko Mamie i Wyspiarce (no, może jeszcze Amelce :P), bardzo cieszy :D
A więc, moi mili, tego Wam życzę na całą dalszą, wspólną drogę – harmonii :D

=> Aglais
Skoro tak lubisz limeryki, to jeszcze jeden :)

Grześ, będąc w Tucholskich Borach
Udał się był do doktora
Doktor popukał, posłuchał
Zajrzał do nosa, do ucha
I orzekł: Piłeś pan wczoraj!

Turysta raz na Kanarach
Przeciągnął się, wszedł na taras
Spojrzał na niebo bez chmurki
Zatęsknił za polskim żurkiem
Do kraju powrócił zaraz

Trzeba przyznać, że poziom skretynienia niektórych t.zw. „obrońców życia poczętego” przekracza wszystkie normy! Oto wczoraj dowiedziałem się, że te nawiedzone oszołomy wystosowały wniosek do władz kościelnych, aby minister zdrowia, Ewę Kopacz, obłożyć ekskomuniką! Za co? Ano za to, że wskazała 14-latce, której ciąża była wynikiem przestępstwa, i która ciążę tą zgodnie z polskim prawem, bardzo przecież w tej materii restrykcyjnym, mogła legalnie przerwać, szpital, w którym ta aborcja mogła się odbyć. Fakt ten dla tych ćwierćgłówków (bo nawet półgłówek by na to nie wpadł), jest współudziałem w aborcji, i jako taki podlega ekskomunice! Mało tego, dziś w radiu usłyszałem wypowiedź arcybiskupa Gocłowskiego, którego dotychczas uważałem za jednego z sensowniejszych członków naszego Episkopatu, że jeśli Kopacz wskazała to miejsce, to zgodnie z prawem kanonicznym jest jego zdaniem automatycznie pod ekskomuniką! Krótko mówiąc, minister ponosi najsurowszą karę kościelną za postępowanie zgodnie z prawem swojego państwa! To już jest prawdziwa paranoja! JA NIE CHCĘ ŻYĆ W PAŃSTWIE WYZNANIOWYM!!! Nie uważam, żeby aborcja była czymś dobrym, ale przecież zdarzają się sytuacje, w których jest dozwolona, a prawo dotyczy wszystkich, także przedstawicieli kleru, o ile są polskimi obywatelami.
Z innej beczki: Kolejna po maturalnej „wpadka” Centralnej Komisji Egzaminacyjnej przy ocenie egzaminów gimnazjalnych. „Klucze” do oceny testów im się pomyliły, i część testów”A” oceniali wg. klucza „B”. Moim zdaniem to szczyt niekompetencji i braku panowania nad sytuacją. Po odejściu z edukacji oszołomów pokroju Giertycha i Orzechowskiego (to ten, który ostatnio wypowiedzieć się raczył, że piłkarzowi Niemiec Lukasowi Podolskiemu należy odebrać polskie obywatelstwo – jeśli je zachował – za to, że strzelił Polsce bramkę na Mistrzostwach Europy), miałem nadzieję na realną poprawę w oświacie pod rządami minister Hall, a tu wpadka za wpadką…
Kruku, nie odstąpił byś tej rezerwacji na Youkon? :P

Wczoraj ostatecznie zakończył się horror pt. „udział Polski w Euro 2008″. Skończył się, i dobrze. Zgodnie z naszą aktualną pozycją, w kompromitującym stylu „zdobyliśmy” ostatnie miejsce w najsłabszej grupie, strzelając w całym turnieju jedną bramkę, i to z ewidentnego spalonego! Są tacy (niestety nie popisał się tu również Donald T.), którzy chcieli mordować sędziego Webba za podyktowanie karnego, choć podstawy do tego jednak były. Tymczasem ja uważam, że zwycięstwo biało-czerwonych z Austrią byłoby krzyczącą o pomstę do nieba niesprawiedliwością, bo gdyby nie genialnie broniący Boruc, już w pierwszej połowie powinno być 4 : 0 dla Austrii. O pozostałych meczach nawet nie chce się pisać, zresztą żenująca porażka z rezerwami Chorwacji świadczy sama za siebie. Szlag mnie trafia, kiedy słyszę, że Listkiewicz już dziś, po „wylocie” naszej ekipy z Euro oświadczył, że sukcesem Polski jest sam udział w finałach :( A miało być tak pięknie! Niektórzy już nas widzieli ze złotym medalem, a pokonanie Niemców było dla niemal wszystkich, zabierających głos w tej sprawie przed finałami, że zacytuję (wiecie kogo, nie chcę się powtarzać), oczywistą oczywistością. Nie jestem kibicem, oglądam mecze tylko przy okazji wielkich imprez, jak mistrzostwa Europy lub świata, ale wiem, że mój starszy brat, rówieśnik Lubańskiego, Deyny, Laty czy Szarmacha, wraz z kolegami większość wolnych chwil spędzał, uganiając się za piłką. Ja, 5 lat młodszy, może trochę mniej, ale też sporo. I wtedy mieliśmy drużynę, bo było z kogo wybierać. Dziś nasi piłkarscy „idole”, dobierani do drużyn na zasadzie selekcji negatywnej, europejski poziom reprezentują (z jednym wyjątkiem – Boruc) jedynie w żądaniach dotyczących wysokości gaży. Czegóż jednak można się spodziewać po lidze przeżartej korupcją, sędziach, „ustawiających” mecze za grube łapówki i zawodnikach, reprezentujących w przeważającej większości poziom III ligi europejskich potentatów. Spuśćmy więc zasłonę miłosierdzia na to żałosne widowisko, i zaczekajmy na następne (a coś mi mówi, że będzie równie żałosne sportowo, a jeszcze bardziej żałosne organizacyjnie, bo tym razem organizowane przez nas – główny koordynator – „niezatapialny” Listkiewicz :P ), czyli Euro 2012. Sam sobie życzę, żebym był złym prorokiem, ale chyba na to szans nie ma :P

Kundlizm

5 komentarzy

Melchior Wańkowicz, którego miałem zaszczyt i przyjemność
poznać osobiście, wymyślił kiedyś piękne określenie na tak zwane „polskie
piekiełko”. Określenie to brzmi „kundlizm” i dotyczy opluwania wszelkich
autorytetów, oraz innych jakże uroczych przejawów naszego życia społecznego,
szczególnie nasilających się pod rządami płaskołapych pokurczów. Jeden z nich,
ten z pieprzykiem, pozostający z powodów, których nigdy nie będę w stanie do
końca zrozumieć tak zwaną „głową” naszego państwa (choć mnie akurat ten osobnik
kojarzy się z zupełnie inną częścią ciała), pozwolił sobie ostatnio stwierdzić
publicznie (w radiu), że  Lech Wałęsa był
agentem SB o pseudonimie „Bolek”. No więc, co my tu mamy? Otóż mamy
historycznego przywódcę „Solidarności”, laureata pokojowej nagrody Nobla,
człowieka, bez którego kto wie, czy nadal nie żylibyśmy pod światłym
kierownictwem przewodniej siły naszego narodu, to znaczy PZPR, w ścisłym
sojuszu z naszym najwierniejszym przyjacielem, czyli ZSRR, ostatecznie i
definitywnie oczyszczonego z tego zarzutu przez sąd lustracyjny, a po drugiej
stronie mamy urzędującego prezydenta tego kraju, który ośmiela się publicznie
stawiać w wątpliwość ustalenia sądu kraju, który reprezentuje.

Nie byłem nigdy miłośnikiem Wałęsy jako prezydenta, do
niedawna uważałem, że był on najgorszym prezydentem od czasu zmiany ustroju
(teraz już tak nie uważam, jest gorszy), ale każdy, kto ma odrobinę zdrowego
rozsądku i obiektywizmu musi uznać zasługi tego człowieka. Płaskołape
indywiduum, którego cech charakterologicznych nie będę tu wymieniał, bo znowu
mnie „poniesie” i Dwaxel będzie musiał mnie znów mitygować, otóż to indywiduum
chyba nie rozumie, że gdyby nie Wałęsa, on sam nie byłby w tym momencie tam,
gdzie niestety jest!

To właśnie jest kundlizm w czystym wydaniu, szkoda tylko, że
świat na to patrzy, i zrywa boki ze śmiechu. A ten, który ma dbać o wizerunek i
autorytet Najjaśniejszej Rzeczypospolitej jest tego śmiechu przyczyną!

Czytając komentarze do poprzedniej notki doszedłem do wniosku, że chyba nadmiernie skupiliśmy się na przysłowiowym klapsie, a to nie on przecież jest prawdziwym problemem, choć zgadzam się z tezą, że rozpoczęcie jego stosowania jest pierwszym sygnałem niedojrzałości emocjonalnej rodziców, i braku pomysłu na inne metody wychowawcze. Najczęściej jest to zresztą projekcja zachowań rodziców tych rodziców, bo skoro oni (w Polsce w przytłaczającej większości, niestety) stosowali wobec nas tą metodę, to nie może ona być zła. Prawdziwym problemem jest natomiast dolegliwe bicie, często prowadzące do okaleczeń, a w skrajnych przypadkach nawet do śmierci. Wychowałem się w najmłodszej wówczas dzielnicy Krakowa – Nowej Hucie, gdzie przytłaczającą większość mieszkańców stanowili w tych latach przybysze ze wsi, razem z ich obyczajami i przyzwyczajeniami (w bloku, w którym mieszkałem, autentycznie jeden z sąsiadów przez jakiś czas hodował w piwnicy świnię). Dla tych ludzi stosowanie dolegliwych kar cielesnych wobec dzieci było czymś zupełnie naturalnym. Wystarczy, że przypomnę sobie pierwsze lekcje WF, przypadające po wywiadówkach. Można się było napatrzeć na całą gamę pręg, sińców (np.od sprzączki paska [sic!].Szczególnie ulubionym przez wielu tatusiów „sprzętem” był sznur od żelazka, ale zdarzały się też np. style od łopaty (jednej z moich koleżanek z podstawówki tatuś takim stylem złamał nogę!). W owych czasach takie rzeczy były na porządku dziennym, i nikomu nawet nie przychodziło do głowy interweniować i „ograniczać prawa rodziców do wychowania swojego potomstwa”. Teraz ponosimy konsekwencje takich zachowań i społecznego przyzwolenia na nie!
Nie jestem zwolennikiem tzw. „bezstressowego wychowania”, przeciwnie, oboje z Wyspiarką zawsze bardzo wyraźnie określaliśmy normy zachowań i granice postępowania naszej latorośli. To nieprawda, Kruku, że Dwaxel zawsze był idealnym dzieckiem, oj nie!  Naszymi narzędziami wychowawczymi były: konsekwencja (nigdy się nie zdarzyło, żeby jedno z nas czegoś zabroniło, a drugie pozwoliło), tworzenie pozytywnych wzorców (np. Dwaxel ma taki stosunek do Aglais, jaki ja do Wyspiarki), a nade wszystko wyjaśnianie, dlaczego coś, co uważamy za złe jest złe. Dwaxel zawsze miał duży margines swobody, oczywiście proporcjonalny do wieku, w jakim był w danym momencie – chyba większy niż przeważająca część jego rówieśników. Cenił to sobie na tyle. że zdając sobie sprawę, że jeśli wykroczy poza wytyczone ramy, swoboda ta zostanie natychmiast z całą konsekwencją ograniczona – raczej poza te ramy nie wykraczał. No i kwestia budowy obustronnego zaufania. Nie wyobrażam sobie tematu, z którym nasz syn nie mógł się zwrócić do mnie czy do Wyspiarki, łącznie ze sprawami dojrzewania, płci itp. I to chyba najbardziej syntetyczna teoria wychowawcza, która w naszym przypadku przyniosła efekt. Opus coronat finis! :D
Wybaczcie te dywagacje, ale większość młodszych czytelników tego blogu ma te sprawy jeszcze przed sobą (choć niektórzy już wkrótce), a że dobrze Wam wszystkim życzę – może te parę wskazówek się przyda :P

Dziś Dzień Dziecka, a w jego tle przetaczająca się przez wszystkie media dyskusja o najnowszym pomyśle naszych polityków, coby ustawowo zabronić jakiegokolwiek używania siły w stosunku do dzieci, łącznie z przysłowiowym klapsem, i z urzędu karać (łącznie z kryminałem) rodziców lub opiekunów, którzy ten zakaz złamią. Genezą powstania tego pomysłu są nasilające się w ostatnim czasie przerażające fakty ciężkiego pobicia lub nawet zabicia dzieci przez ich opiekunów (najczęściej żyjących w konkubinacie, ale to chyba nie ma nic do rzeczy?), o których huczą wszystkie publikatory. Chciałbym na wstępie wyjaśnić, że nigdy nie byłem zwolennikiem takich „metod wychowawczych” (właśnie próbowaliśmy sobie z Wyspiarką przypomnieć, czy choć raz daliśmy w dzieciństwie klapsa Dwaxelowi, wyszło nam, że nie). Tym niemniej mam świadomość zagrożeń, jakie wiążą się z wprowadzeniem takiego prawa. Jakież to wdzięczne pole do popisu dla zbuntowanych nastolatków, skonfliktowanych z rodzicami w okresie młodzieńczego buntu, albo dla złośliwych sąsiadów, chcących się odegrać za sąsiedzkie swary i kłótnie. Jak stwierdzić, czy informacja o przemocy w stosunku do dziecka jest prawdziwa, o ile nie pozostawia żadnych śladów? Z jednej strony wszyscy, i słusznie, nawołują do informowania stosownych organów w razie jakichkolwiek podejrzeń o krzywdzeniu dzieci, z drugiej, TV ostatnio podała informację o facecie, który został ukarany grzywną przez Sąd Grodzki za bezzasadne, jak się okazało, wezwanie policji, bo wydawało mu się, że za ścianą jest bite dziecko. Paranoja jakaś! Moim zdaniem, lepiej kilka razy pojechać na nieuzasadnione wezwanie, niż raz nie pojechać na uzasadnione. Takie sytuacje spowodują, że ludziska nadal będą się obawiać angażować w sprawy sąsiadów, a nowo wprowadzone przepisy pozostaną martwe! Nie tędy droga, moim zdaniem. Obowiązujący kodeks karny wyraźnie określa możliwość surowego ukarania zwyrodniałych opiekunów, trzeba tylko doprowadzić do sytuacji, kiedy będą oni mieli świadomość nieuchronności kary (i bez żadnego zawieszania wyroków!). Byłbym za tym, żeby rozważyć ewentualne sankcje dla sąsiadów, którzy nie złożą stosownych informacji, dla pedagogów, lekceważących sygnały o stosowaniu przemocy wobec dziecka. Może to właściwsza metoda?


  • RSS