wyspiarze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2008

Przed chwilą wróciliśmy z kina, dokąd w ramach obchodów Dnia Dziecka zaprosiliśmy Aglais i Dwaxela (towarzyszyli nam Rodzice Aglais). Potem byliśmy na najlepszych lodach w Krakowie, na ulicy Św. Jana, u Argasińskich. Tak więc tradycji stało się zadość, dzieci były w kinie i na lodach, brakło jeszcze tylko karuzeli, ale jakoś nie było chętnych…
W  kinie byliśmy na najnowszym filmie Spielberga „Indiana Jones i królestwo kryształowej czaszki”. Cóż można powiedzieć? Harrison Ford jak zwykle świetny, również w scenach, wymagających sporej kondycji fizycznej (a przecież, choć lat Mu nie wypada liczyć, jest sporo starszy ode mnie, a ja młody to i owszem jestem, ale duchem!). Wiem, wiem, są dublerzy, ale jak słyszałem, nadal stosunkowo rzadko z nich korzysta, choć niektóre sekwencje żywcem kojarzą się z niezniszczalnym nawet po zderzeniu z lokomotywą Kaczorem Donaldem (cholera,  w tej notce z założenia nie miało być żadnych akcentów politycznych, a nagle pojawiły się aż dwa :P) Co poza tym o filmie? Moim zdaniem trochę zbyt dużo komputerowych efektów, sporo lapsusów historycznych, które być może nie rażą części młodzieży, która o historii XX wieku nie ma bladego pojęcia, ale nas, którzy przeżyli prawie połowę tego stulecia „w realu” razi schematyzmem i uproszczeniami. Jest oczywiście otwarta furtka do kolejnych remake’ów poprzez pojawienie się Henry’ego Jones’a Juniora II. Ogólnie – zręcznie nakręcona (w końcu Spielberg), horroro – komedia, niezła, acz niezbyt ambitna zabawa na sobotni wieczór. Niewątpliwie chapeau  bas dla Harissona Forda, który imponuje zarówno sprawnością, o czym już pisałem, ale po prostu zdominował ten film swoją osobowością. Niestety, zbliża się ten czas, jak dla mojego ulubionego Sean’a Connery’ego, kiedy trzeba się przyzwyczajać do myśli o rolach bardziej ustabilizowanych :P

Niestety, na tym blogu co jakiś czas musi być o polityce. Skrzywienie takie :P
Na początek z kraju:
Wczoraj w wywiadzie radiowym, płaskołape indywiduum z pieprzykiem, pełniące z powodu niewyobrażalnej ironii losu i znaczącej populacji kretynów w naszym społeczeństwie najwyższe stanowisko w tym kraju oświadczył, że kazał wyrzucić ze stanowiska premiera Kazika. Powód: Cytuję: „Każdego dnia był nowy atak, nowa krytyka prezesa (drugi płaskołapy, ten bez pieprzyka). Natomiast premier nie był łaskaw nawet się do niego odezwać”.
No cóż, nic dodać, nic ująć. Kurdupel przyznaje, że kazał odwołać urzędującego premiera (do czego nie miał prawa), bo ten nie miał odpowiednio wiernopoddańczych relacji z jego bratem. Potem co prawda próbował rakiem wycofywać się, że decyzję o odwołaniu podjął komitet polityczny pisuarów, ale chyba nikt o zdrowych zmysłach nie wierzy, że to „ciało” (w tym Gosiewski i Kamiński) ośmieliłoby się zrobić cośkolwiek bez inspiracji strasznych bliźniaków.
Na szczęście władza dwugłowej kaczki znacznie osłabła od czasu odebrania brzytwy bardziej niebezpiecznej małpie przez wreszcie zaczynających myśleć wyborców, ale i tak pozostaje pytanie: W jakim kraju my żyliśmy przez dwa lata? Jak można było dać pełnię władzy w naszym pięknym kraju tym dwóm chorym z nienawiści osobnikom?
No, ale dość już o tym, kto mądry, ten sam wyciągnie wnioski, a kto głupi, temu nic nie pomoże!
Teraz zza granicy:
Dzisiejsza „Wyborcza” napisała, że właśnie dotarła do Polski decyzja moskiewskiego sądu na wniosek członków rodzin dziesięciu zamordowanych w Katyniu, aby rosyjska Główna Prokuratura Wojskowa uznała ich bliskich za ofiary represji politycznych i oficjalnie zrehabilitowała. Odpowiedź brzmi, cytuję : „Z dosłownej interpretacji sensu art. 8.1. Ustawy Federacji Rosyjskiej „O rehabilitacji ofiar represji politycznych” wynika, że prawo odwołania od decyzji [Głównej Prokuratury Wojskowej] przysługuje tylko obywatelowi, którego prawa zostały bezpośrednio narażone. Jeśli to nie jest drwina w żywe oczy z ofiar Katynia i ich Rodzin, to nie wiem, co to jest!
Nigdy nie byłem wrogiem Rosjam, jako takich, znałem ich sporo, i generalnie byli to serdeczni, ciepli i dobrzy ludzie. Mówię swobodnie w ich języku, i wiele godzin na różne tematy z nimi przegadałem (oczywiście mam na myśli jednostki, a nie Rosjan en masse, bo wówczas zachowują się zupełnie inaczej, zwłaszcza, kiedy noszą mundury). Kiedy jednak czyta się takie wiadomości, nasuwa się myśl, że granice Europy leżą jednak na Bugu, a nie na Uralu :(

Zrobiłem w Wilnie kilka zdjęć, które postanowiłem załączyć:

To ja pod katedrą

Pałac Prezydencki

Polski kościół w Wilnie

 

Most zakochanych. Tu przychodzą pary, zapinają na moście
dwie kłódki na znak miłości, a klucze wyrzucają do wody.

Nad bramą widoczny herb Unii Polsko – Litewskiej

W komentarzu do mojej notki o Wilnie, Szoszon wpisał, że każden jeden z nas ma w sobie takiego krasnala, jak ten z filmu „Amelia”. Coś w tym jest! Przychodzi taki czas (u mnie zwłaszcza wiosną), kiedy muszę gdzieś pojechać, zobaczyć coś nowego, zrealizować jakieś dawne marzenie… Wilno jest tu klasycznym przykładem – 5 godzin jazdy w obie strony z Sejn, żeby spędzić w Wilnie 2 godziny i przez chwilę zobaczyć miasto, które zawsze chciałem zobaczyć (nie wspominając już o tym, że w domu zamiast o 19-tej, jak mogło by być, zameldowałem się po 2 w nocy). Mój krasnal już zaczyna się dopominać kolejnego wyjazdu – pewnie wkrótce znowu mi coś strzeli do łba, i wyskoczę do Koluszek lub do Paryża… W czerwcu mam sporo wyjazdów zawodowych, na trasie między innymi Bydgoszcz i Toruń. Szczególnie ten ostatni, poznany dość powierzchownie, zasługuje na szersze zainteresowanie. Może uda się tak ułożyć marszrutę, żeby zobaczyć coś więcej. Ciekawe, że mój krasnal nigdy nie namawia mnie do podróży do miejsc banalnych, sztampowych – nie jakieś Kanary czy Lazurowe Wybrzeże – o wiele bliższy byłby mi Yukon czy Patagonia, ale może być również Praga czy Budapeszt, byle miejsce miało genius loci! Więc, Szoszonie, muszę się z Tobą zgodzić: Takiego krasnala każden jeden ma w sobie, ja w każdym razie mam!

Wilno

6 komentarzy

Wilno. Zawsze marzyłem, żeby tam
pojechać i nigdy nie miałem okazji. Od kilku lat w maju jeżdżę służbowo do
Sejn, tuż przy litewskiej granicy, i zawsze planuję, że następnym razem… W tym
roku postanowiłem przestać planować, a zacząć działać, i choć przez chwilę
zobaczyć Wilno. Udało się! Trudno nawet powiedzieć, że je zobaczyłem, bo
właściwie polizałem przez szybę wystawową, spędziwszy w nim ledwie dwie
godziny, ale zawsze… Warto było! To miasto wyjątkowe, jakby kilka miast w
jednym: Dzielnica bankowo-handlowa na najwyższym europejskim poziomie, wieżowce
ze szkła i aluminium wkomponowane w tło (Warszawa „wymięka”, bo tam rozrzucone
bez ładu i składu), nowoczesne, szerokie arterie, ale mnie przecież nie o to
chodziło :D

Stare Wilno; jest w nim coś z
Krakowa, wiele ze starego Lwowa, zabudowa wąziutkich uliczek, rozmieszczonych
na wzgórzach do żywego przypomina Montmartre, odruchowo rozglądasz się za Sacre
Coeur, wiele innych uliczek jest jakby żywcem przeniesionych z bawarskich
perełek jak Lindau czy Constanza nad Jeziorem Bodeńskim… Stylowe, zaciszne
kafejki, sklepy, w których można popatrzyć jak tworzy się witraż, a potem go
(drogo, niestety) kupić, sporo antykwariatów – nastrój doprawdy niepowtarzalny.
A cmentarz na Rossie? Taki kawał naszej historii, tylu wybitnych Polaków tam
spoczywa. A Ostra Brama z obrazem równie słynnym jak Jasna Góra w Częstochowie?
Na wszystko rzecz jasna nie wystarczyło by dwóch tygodni, a cóż dopiero dwóch
godzin, ale zapoznaliśmy się chociaż pobieżnie, myślę, że czas na zacieśnienie
znajomości jeszcze nadejdzie (może wspólnie z Wyspiarką?). W każdym razie,
wszystkim, którym trafi się okazja, szczerze polecam :D

Spotkanie

1 komentarz

Chłodny, chmielowy, pienisty łyk
piwa

Już po chwili zaciera bruzdy lat
prawie czterdziestu

Spłaszcza brzuchy, zagęszcza
włosy

Łagodzi rysy wiekiem poradlone

To znowu oni siedzą wokół, ci
sami chłopcy,

Co zasiadali ze mną w szkolnej
ławce

Jak wtedy słychać nasze
beztroskie śmiechy

Jakby te wszystkie lata nie
przegalopowały po nas tabunem

 

I tylko czasem w świadomości
przebłysk:

Jutro znowu usłyszę skrzek
rzeczywistości…

 

 

Wydarzenia ostatnich dni dowiodły, że kreowanie zaskakujących sytuacji i manipulowanie ludźmi i zdarzeniami jest, zwłaszcza obecnie, w dobie rozbudowanych możliwości komunikacyjnych, dostępności narzędzi edycyjnych (profesjonalne drukarki itp.), zadziwiająco proste. Nawet dla nas, amatorów prostą sprawą okazało się doprowadzenie do sytuacji, kiedy określona osoba znalazła się w określonym czasie w określonym miejscu, w dodatku w stroju wizytowym. Na szczęście nie było w tym nic złego, po prostu chodziło o zwabienie naszej Przyjaciółki na zorganizowaną przez nas na Jej cześć imprezę, ale nie oznacza to, że przedstawiona na wstępie teza jest fałszywa. Zastanawia mnie, jakie efekty można by było osiągnąć dysponując środkami, stojącymi w dyspozycji np. państwa. Praktyczne niemal możliwe jest wykreowanie rzeczywistości, całkowicie różnej od realnej. Nie chodzi mi o rzeczywistość wirtualną, to zresztą było już kiedyś przedmiotem dywagacji na tym blogu, ale na możliwościach w zakresie propagandy, publikatorów, manipulowania opinią publiczną, rozbudzania emocji społecznych itp.
Ciekawe, że bardzo w efekcie przyjemne wydarzenie (impreza udała się super!!!), skłania człowieka do takich przemyśleń? :P

No to, półtorej godziny temu zawitaliśmy w domowe pielesze:D We Wdzie udało nam się połączyć z siecią tylko raz, i to na krótko. Tam praktycznie nie ma zasięgu mojej sieci GSM, a co za tym idzie, połączenie z siecią przez GSM też jest praktycznie niemożliwe. A zaczęło się od tego, że w czwartek rano pogoda we Władysławowie zrobiła się całkiem kłapciata, w dodatku okazało się, że na naszym piętrze w pensjonacie zagnieździła się rodzinka z chmarą wrzeszczących dzieciaków. Po początkowej idylli nie zostało śladu. Decyzja była błyskawiczna: Telefon do Wdy, zapakowanie się do auta, i w drogę! Już po 2 godzinach byliśmy w Borach Tucholskich. Miło było znowu znaleźć się w miejscu, z którym wiąże się taka masa wspomnień, w towarzystwie życzliwych ludzi. Pogoda zrobiła się całkiem sympatyczna, w sumie – super!!! Wreszcie wypróbowaliśmy słynną saunę, którą gospodarze zainstalowali w zeszłym roku (a w zeszłym roku nas tam akurat nie było). Ogólnie absolutny odlot. W piątek wieczorem, po saunie odbyło się zaplanowane wcześniej ognisko urodzinowe. Było kameralnie (Gospodarze, my i Basia z Rysiem – nasi miejscowi znajomi), ale bardzo sympatycznie. W sobotę przyjechali Rodzice Ewy, którzy zostają w Borach na dłużej. W ramach relaksu po raz pierwszy od roku zrobiłem generalne porządki w aucie, a potem z rozpędu nawet je umyłem :P Wieczorem kolacja z dobrym winkiem i partia scrabbla. Tak oto „przeskoczyła” mi kolejna rocznica urodzin :P . Dziś rano, po wczesnym śniadaniu, ruszyliśmy w drogę powrotną do domu, licząc (jak się okazało słusznie), że zdążymy przejechać przed wieczornym szaleństwem, jakie ani chybi zapanuje, kiedy cała Polska rozpocznie powrót z długiego weekendu. 567 km w równe 7 godzin po polskich drogach przy (jednak) wzmożonym ruchu, to wynik całkiem niezły, zwłaszcza biorąc pod uwagę konieczność przepchania się przez Łódź, Włocławek i Częstochowę. Lekkie zmęczenie w pełni zrekompensowało spotkanie z oczekującymi nas Asią i Michałem, no i oczywiście dzika radość Amelki:D . No cóż, wszystko dobre, co się dobrze kończy – od jutra znów słychać będzie skrzek rzeczywistości…C’est la vie!
Przy okazji, serdeczne dzięki dla wszystkich, od których różnymi drogami otrzymałem życzenia urodzinowe. DZIĘKI ZA PAMIĘĆ I DOBRE SŁOWA !!! :D

Coby nam się we łbach nie przewróciło ze szczęścia, od wczoraj pogoda jakby trochę się skiepściła:P Nie, żeby ciurkiem lało, ale trochę jednak kapie. Wczoraj wybraliśmy się do Pucka, bo po drodze wskazano nam ponoć rewelacyjną wędzarnię ryb. Rzeczywiście, wyglądają i pachną bardzo apetycznie, nabądliśmy więc niezły zapasik, z przeznaczeniem na konsumpcję przy ognisku we Wdzie. Potem połaziliśmy po Pucku, odwiedzając między innymi keję, gdzie cumowaliśmy przed bodaj czterema laty podczas rejsu „Marianną”. Fajno było na tym rejsie, trzeba to będzie jeszcze kiedyś powtórzyć, tylko może jednak na trochę większej łajbie:P Po południu się przejaśniło, wyszło nawet słoneczko, co pozwoliło na całkiem sympatyczny spacerek plażą. Wieczór spędziliśmy nad szklaneczką szkockiej, inaugurując nowe scrabble. Trochę trudno się przyzwyczaić do mniejszych kostek, ale w sumie, da się grać. Dziś od rana za oknem znowu mokro, ale niebo nie jest zaciągnięte, co pozostawia nadzieję na rozpogodzenia w późniejszych godzinach. Sporo ludzi zaczęło tu przyjeżdżać od wczoraj, również parking przed naszym pensjonatem się zapełnia. Tym bardziej jesteśmy zadowoleni z wcześniejszego rozpoczęcia pobytu, bo przez kilka dni mieliśmy nie tylko piękną pogodę, ale i spokój. „Przełajową” trasę do Wdy mamy już w GPS zaprogramowaną – jutro po śniadaniu ruszamy!


  • RSS