wyspiarze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2008

No więc proszę się nie śmiać, bo GPS słodkim głosem Hołka doprowadził nas pod samą bramę naszego pensjonatu:D . Nie odyło się oczywiście bez denerwujących momentów, kiedy zmuszony do zmiany trasy z powodu objazdu, przez kilkanaście mniut byłem wzywany do zawrócenia, ale kiedy GPS „zajarzył”, że jadę inną trasą, podjął ślad niczym Szarik i dalej prowadził jak po sznurku. No i w sobotę wieczorem dojechaliśmy :D. Niedziela minęła nam na zapoznawaniu się z otoczeniem, spacerach po plaży i licznych zdjęciach (coś się może później ukaże, bo nie zabraliśmy stosownego kabelka, i póki co zdjęć do kompa nie możemy wgrywać). Poniedziałek był dniem bardzo pracowitym, naznaczonym głównie piętnem militaryzmu, co być może w przyszłości opublikowane zdjęcia ukażą w całej pełni (nie widziałem w życiu bardziej militarystycznych zdjęć Wyspiarki :P). Byliśmy na Helu, odwiedziliśmy tam między innymi foczki w fokarium (super!!!), drogą kupna weszliśmy w posiadanie sporego asortymentu różnych rybek, przyrządzanych według przepisów, przekazywanych z pokolenia na pokolenie (właśnie „dojadamy” dziś na kolację resztki) – pycha!. Potem zaspakajaliśmy nasze (zwłaszcza moje) pasje historyczne, zwiedzając fortyfikacje na Helu i w Juracie. Dziś odbyliśmy inspirowaną przez moją skromną osobę „podróż sentymentalną”, bowiem udaliśmy się  do Białogóry, gdzie przebywałem byłem na obozie harcerskim w roku Pańskim 1970. Plaża, jak wtedy, piękna, wieje też, jak wtedy, ale i tak pięknie, choć poza plażą prawie nic nie poznałem. Ze skromnej wioski kaszubskiej zrobił się prawie kurort:P ! Ach, ta wszechogarniająca komercjalizacja! Pogoda, wbrew wcześniejszym, czarnym scenariuszom, piękna. Może nie jest zbyt ciepło, ale słonko świeci, generalnie jest super! Mamy szereg planów na ciąg dalszy, pewnie coś na ten temat napiszemy :D

 

Jutro jedziemy na tydzień nad
Bałtyk, a dzisiejszy wieczór spędzam w domu niemal samotnie (niemal, bo
przecież Amelka zasmucona nieobecnością swojej Pani nie opuszcza mnie na krok).
Jutro biedna sunia będzie jeszcze smutniejsza, bo w domu braknie i Pana, i choć
wiem, że Amelia uwielbia również Asię i Michała, którzy się nią podczas naszej
nieobecności zaopiekują, mimo wszystko trochę mi jej żal :P

Moja Miła wyjechała już dziś na
spotkanie integracyjne z pacjentami, skąd odbiorę Ją jutro (na szczęście jest
to prawie po drodze,  nadkładam może ze 20 km). Na trasie zamierzam
wypróbować nową zabawkę, w której posiadanie wszedłem z dniem dzisiejszym –
jako kolejny w towarzystwie dałem się zarazić GPS-em. A że przed nami ponad 700 kilometrów do
przejechania (specjalnie zaprogramowaliśmy trasę bocznymi drogami, żeby, po
pierwsze, ominąć korki, po drugie, sprawdzić możliwości tego „cacka”), będzie
mógł pokazać co potrafi.

Co do korków, jeden z gorszych
dni był wczoraj. Byłem służbowo w Zgierzu k. Łodzi. W tamtym kierunku jechało
się całkiem nieźle, ale powrót, koszmar! Najpierw ze Zgierza do Tuszyna przez
Łódź – ponad 1,5 godziny, potem przejazd przez totalnie zakorkowane Medalikowo
(sorry, chciałem powiedzieć – Częstochowę) – ponad godzinę (był wypadek na
jednym z kluczowych skrzyżowań). W efekcie – trasa, którą zdarzało mi się już
przejeżdżać w ciągu 3 godzin, tym razem zajęła 5 i pół.

Wracając do nowej zabawki,
strasznie mnie rozbawił widok mojej skromnej osoby i mojego auta w szybie
mijanego sklepu: Dwie zewnętrzne anteny (radio i CB-radio), uchwyt z GPS na
przedniej szybie, wiszący na lusterku na specjalnej „podwieszce” mikrofon od
CB, a w środku ja z bluetooth w uchu, wszystko razem sprawia wrażenie raczej
statku kosmicznego niż poczciwego samochodu. Ach, te, że użyję spolszczonej
nazwy, która zresztą już się przyjęła na dobre, gadżety! Fakt, że jeśli, jak ja
robi się rocznie 50.000 km,
często po zupełnie egzotycznych okolicach, zabawki bardzo się przydają, ale
śmieszyć, śmieszą :P

Mam nadzieję, że przynajmniej
pogoda przez najbliższy tydzień będzie względna. Dziś na przykład był piękny,
słoneczny dzień, choć zaczął się pechowo: Postanowiłem, że ze względu na
planowaną jutro trasę i duże prawdopodobieństwo, że zima raczej już nie wróci,
wymienić opony na letnie. Przez cały okres zimowy leżały sobie w garażu u
mojego pracownika, bo ja nie mam miejsca, gdzie mógłbym je przechować, przez
tegoż pracownika zostały mi wczoraj przywiezione, a dziś miały zostać
wymienione. Jakież było moje zdumienie (i, nie ma co ukrywać, wkurzenie), gdy u
wulkanizatora okazało się, że z przywiezionych letnich opon trzy są faktycznie
moje, za to czwarta zupełnie innego typu, rozmiaru i w fatalnym stanie. Po
szybkim telefonicznym śledztwie okazało się, że skądinąd bardzo uczynny pan D.,
który chciał mi wyświadczyć przysługę, przechowując u siebie bezpłatnie moje
opony, dał kiedyś swojemu znajomemu dwie stare opony, które zalegały w garażu.
Tylko że nie sprawdził, co znajomy zabrał, a zabrał jedną starą, i jedną moją!
W dodatku gdzieś mu się obie zawieruszyły… Sytuacja niemal bez wyjścia, bo tu
jutro trasa, dokupienie takiej samej opony raczej nie wchodzi w grę, bo tego
modelu już się nie produkuje, perspektywa dokupienia dwóch innych opon (bo na
jednej osi muszą być identyczne) wcale mi się nie uśmiecha ze względu na koszty.
Całe szczęście w nieszczęściu, okazało się, że na kole zapasowym jest taka
sama, letnia opona. Założyłem, na zapas dałem koło z „zimówką”, i w ten sposób
sytuacja została opanowana :P Ale i tak dzionek zaczął się średnio.

 

Komentarz Koticzki odnośnie
dywagacji nad podeszłym wiekiem (choć chyba wszyscy znajomi zdają sobie sprawę,
że to z mojej strony pewna forma kokieterii :P) spowodował pewne refleksje. Bo
przecież truizmem jest stwierdzenie, że wiek rzeczywisty nijak się nie ma do
wieku metrykalnego. Nawet w swoim najbliższym otoczeniu mam ludzi, których
uważam za starców, mimo, że urodzili się tylko kilka lat wcześniej, lub, co
gorsze, kilka lat później ode mnie. Zarazem są i tacy, jak choćby Janusz –
cyklista, czy Prezes, których co prawda dzieli ode mnie kilka ładnych lat, ale
absolutnie nie poważyłbym się nazwać „starszym panem”, ze względu na wigor i
fantazję, jakie sobą reprezentują. Powiem więcej, zdarzyło mi się przed kilku
laty poznać w Borach Pana, nazywanego przez znajomych „Rotmistrzem” ze względu
na kawaleryjską przeszłość (absolwent przedwojennej szkoły oficerskiej kawalerii
w Grudziądzu). Kiedy go poznałem, miał około 85 lat. Zajechał z fasonem eleganckim
samochodem, ubrany bardzo schludnie w jasne dżinsy, kraciastą koszulę i
kamizelkę w tym samym kolorze co spodnie. Z niejakim zdumieniem stwierdziłem,
że długie, siwe włosy ma spięte w kucyk. Były właśnie urodziny naszego
gospodarza, a że w towarzystwie nie było abstynentów, impreza zrobiła się
niezła. Kiedy Rotmistrz dostrzegł porzuconą na ganku gitarę, nie mogłem się
wymówić od zabrzdąkania kilku akordów. Czegośmy to wtedy nie śpiewali! Byli ułani
pod okienkiem, byli ułani – malowane dzieci, była „Pierwsza Brygada” i cały
znany mi repertuar patriotyczny. Dowiedziałem się niedawno, że Pan Rotmistrz w
wieku niemal 90 lat ponownie się ożenił z kobietą młodszą od niego o lat około
20… I niech ktoś mi powie, że to starzec! Myślę, że sam nie będę się czuł
staruszkiem, dopóki nie poczuję utraty „kozaczego ducha”, który jest zawsze,
ale szczególnie uaktywnia się wiosną. I w ramach tego kozaczego ducha
postanowiliśmy „wyskoczyć” na tydzień nad morze. Mamą i Amelką obiecali się
przez ten czas zająć Dwaxel i Aglais, tak więc ruszamy na spotkanie przygodzie!
Swoją drogą przypomniało mi się, jak na początku lat 70-tych w ramach kozaczego
ducha zabrałem swoją ówczesną dziewczynę na lody do Gdańska. Polecieliśmy z
Krakowa samolotem, zjedliśmy lody, pospacerowaliśmy po plaży, i wieczornym
samolotem wróciliśmy do Krakowa. To był kozaczy duch! :D

Niech więc wszyscy blogowicze
zakonotują sobie na wołowej skórze: Puty młodości, póki kozaczego ducha!

Hurra!!! Nadszedł wielki dzień. Dziś Mama zrobiła pierwsze samodzielne kroki, bez balkonika, a nawet bez jakiegokolwiek oparcia :D Zaczęło się od tego, że tytułem eksperymentu postanowiliśmy spróbować spaceru bez balkonika, lecz opierając się na moich rękach. Zgiąłem ręce w łokciach, i idąc tyłem, użyłem ich jako podpórek, na których Mama ułożyła ręce. Poszło dobrze, maszerowała jak się patrzy. W pewnym momencie ze zdumieniem zauważyłem, że Mama zdejmuje ręce z moich, i idzie samodzielnie! :D
Nie trwało to oczywiście zbyt długo, ale kilkanaście metrów przeszła! Później eksperymentowaliśmy jeszcze z laską, też z dobrym skutkiem, krótko mówiąc, dzisiejsze popołudnie wlało we mnie sporą dozę optymizmu:D Wszystkich blogowiczów przepraszam za zawracanie głowy swoimi problemami, ale skoro przedmiotem kilku wpisów były związane z Mamą problemy, nie mogę wprost nie podzielić się z Wami redością i optymizmem, jakie dziś stały się moim udziałem. Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy trzymali za Mamę kciuki, proszę o więcej, bo sporo przed Nią jeszcze pracy, wysiłku i wyrzeczeń. Najważniejsze, że jest bardzo dzielna i silnie zmotywowana!

Odliczanie

6 komentarzy

Wczoraj na suwaczku ślubnym u
Aglais pojawił się napis: „Do naszego ślubu pozostało 6 miesięcy”. Abstrahując
od świadomości pędzącego niepowstrzymanie czasu (wszak nie tak dawno tam było
około roku), naszło mnie parę innych refleksji. Cóż się oto za te pół roku
zmieni? Na pozór niewiele. Co prawda Aglais przesunie się nieco w alfabecie, i
zamiast Joanną D, będzie Joanną S, będę o Niej mówił zamiast „Narzeczona Syna” –
„Synowa” (a Ona o mnie, zamiast „Tato Michała”- „Teść”), widywać Młodych
będziemy pewnie równie rzadko, albo nawet rzadziej niż teraz, więc pozornie te
zmiany dla nas nie będą wielkie, w każdym razie, dopóki nie pojawi się jakieś
następne pokolenie S :). A jednak, z własnego doświadczenia wiem, że dla
Młodych zmieni się bardzo wiele. Doskonale pamiętam, jak następnego dnia po
ślubie wybraliśmy się z Wyspiarką na spacer. W końcu wiele spacerów odbyliśmy w
okresie narzeczeńskim i wcześniej, ale ten spacer, przynajmniej dla mnie, był
szczególny. Dumnie kroczyłem pod rękę ze śliczną, młodą Żoną, starając się tak
układać dłoń, by wyeksponować błyszczącą nowością obrączkę, jakbym zdawał się
mówić do mijających nas przechodniów: Patrzcie, ta piękna kobieta już jest poza
waszym zasięgiem, to MOJA ŻONA!  A potem?
No cóż, będzie różnie. Zacznie się skrupulatne liczenie kasy, czy aby wystarczy
na realizację kolejnych planów, ale będą również wspólne wypady, spotkania z
przyjaciółmi, troska o zdrowie niedomagającego partnera, wspólne zakupy, od czasu
do czasu jakieś nieporozumienia, po których tak miło będzie się godzić – ot,
życie! A w tym życiu, wierzcie, bo wiem co mówię, jedna tylko rzecz tak
naprawdę najważniejsza: Żeby zawsze być ze sobą, a nie obok siebie.

No tak, zebrało mi się na
wspominki, okraszone zupełnie zbędnym „smrodkiem dydaktycznym”, a tu pora
zintensyfikować przygotowania :) Co prawda Dwaxel już był nabył ślubny strój
(trwają debaty nad ostatnimi szczegółami jak kolor koszuli lub krawata), Aglais
ponoć już ma wybrany model ślubnej sukni, jutro rewizyta Rodziców Aglais u nas,
czyli, że przygotowania nabierają przyspieszenia. Wiem, że nawet się nie
obejrzę, a na suwaczku zobaczę napis: „Do naszego ślubu pozostał 1 dzień”… :D

Może tym razem wiosna zawitała do nas na dobre? Poprzednio
powitałem ją chyba nieco zbyt optymistycznie, zima się „wkurzyła”, i jeszcze
kilka razy musiałem skrobać szyby w aucie. Ale tym razem chyba już definitywnie
ta biała pani sobie poszła w cholerę. I dobrze!

Stwierdziłem dzisiaj, że są jeszcze na świecie dobrzy
ludzie. Załatwiając sprawy służbowe zaparkowałem na dwukierunkowej drodze po
lewej stronie za skrzyżowaniem, na którym nie było zakazu. Spokojnie sobie
załatwiłem, co miałem do załatwienia, wychodzę, a tu właśnie pan strażnik
miejski wkłada mi mandat za wycieraczkę. Kiedy zaprotestowałem, uświadomił mi
(wiedziałem to oczywiście, ale „rżnąłem głupa”), że na dwukierunkowej można
dawać oczywiście znaki po obu stronach, ale wystarczy tylko po prawej, i że tam
znak zakazu jest. Chyba miałem bardzo ponurą minę, bo pan strażnik zapytał, czy
mam dużo punktów, bo za to parkowanie przybędzie mi jeszcze jeden. Przyznałem,
że i owszem, mam dużo (bo mam, i zaczną się kasować dopiero w czerwcu), a kiedy
dowiedział się ile, wyciągnął mandat zza wycieraczki i powiedział: Nie będę
pana dołował, panie Krzysztofie, w taki piękny, słoneczny dzień, miłego dnia i
szerokiej drogi! No i niech ktoś powie, że wiosna nie ma zbawiennego wpływu
nawet na panów strażników miejskich! Ma również inny wpływ, z  punktu widzenia kierowcy, mocno negatywny.
Mianowicie dekoncentruje uwagę. W ciągu pół godziny miałem trzy bardzo groźne,
kolizyjne sytuacje, z których wybrnąłem tylko dzięki niezłemu jeszcze
refleksowi. Najpierw wyliniała blondynka w szkłach grubości denka od butelki
wyjechała mi Puntem z osiedlowej dróżki prosto przed maskę. Gdybym nie uciekł w
lewo, gdzie na szczęście była luka, dzwon murowany, bo na skuteczne hamowanie
było zbyt późno. Chwilę później ruszam sobie spokojnie na zielonym świetle ze
skrzyżowania , a tu z lewej, dobre 100 km/godz. przelatuje przez skrzyżowanie
Tigra, a za kierownicą…zgadnijcie? Blondynka, of course! Fatum jakieś, czy co? Zaczynam
się bać spotkania z własną Żoną, też naturalną blondynką :-). Na szczęście
dopiero ruszałem, więc udało mi się stanąć w miejscu, i co najważniejsze, nie
zaliczyć w kuper od następnego w kolejce, bo coś się marudnie zbierał. A było
to Mondeo, a za kierownicą…blondynka, jak pragnę zdrowia! W każdym razie,
gdybym ruszył energiczniej, jak mi się czasem zdarza, ani chybi Tigra walnęła
by mnie z lewej, a że była ostro rozpędzona, nie wiem, czy miałbym możliwość
pisać te słowa…

W końcu dojeżdżam do firmy, zamierzam skręcić w lewo w drogę
dojazdową, ale jeszcze nie zaczynam hamować, bo mam do skrętu około 80 m. Cała kolumna jedzie 70 –
80 km/godz., a tu nagle jadąca przede mną Honda hamuje z piskiem opon i skręca
na chodnik, bo w ostatnim momencie zobaczyła miejsce do zaparkowania! Z
przeciwka też sznur samochodów, uciec nie ma gdzie, więc hamuję do deski. ABS
zadziałał, auto się toczy, i widzę, że nie mam szans, żeby zatrzymać się bez
kolizji. W ostatniej chwili pomogłem sobie ręcznym, i praktycznie na grubość
żyletki zatrzymałem się przed zderzakiem Hondy. Z tyłu słyszę pisk hamulców
wielu samochodów, czekam tylko na trzaśnięcie, po chwili je słyszę, ale to na
szczęście nie ja, tylko trzy auta z tyłu, jak się po chwili okazuje. Facet,
jadący za mną też jakimś cudem wyhamował, ale za nim dwa wozy się stuknęły.
Patrzę, a tu z Hondy jakby nigdy nic wysiada …blondynka około 40-tki. Nie wiem,
co tam było dalej, ale zdaje się, że będzie miała problemy, bo ludzie
powyskakiwali z wozów. Ja niestety musiałem jechać dalej, bo już byłem
spóźniony na spotkanie w firmie. W każdym razie, jak na jeden dzień, to
starczy!

Dyskurs, rozgorzały po
zamieszczeniu mojej ostatniej notki „profil nieboszczki” skłania mnie do przemyśleń
natury etyczno-moralnej. Nie o kłamstwie tym razem będzie, bo na ten temat
sporo mądrych słów napisano w poprzednich komentarzach, ale o zdradzie, i to
nie dosłownej, ale, jak ja to nazywam „psychicznej”. Bo to, że takie zjawisko
jak świat światem występowało, nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości…

Dla łatwiejszego zobrazowania
swojej tezy pozwolę sobie przenieść wyimaginowaną sytuację w dobrze znane
blogowiczom realia sieci. Weźmy pod rozwagę relacje pomiędzy stałymi partnerami
życiowymi, a innymi osobami, z którymi mają one kontakt dzięki możliwościom,
jaki stawiają przed nami nowoczesne metody komunikowania się, począwszy od SMS,
poprzez komunikatory, gadu, pocztę elektroniczną, na blogach skończywszy. Wszystko
jest tak długo dobrze, jak długo te kontakty nie zaczną nam zastępować „żywych”
relacji z naszymi partnerami, a w skrajnych przypadkach wręcz nad nimi
dominować. Jeśli w dodatku osobnik, któremu w wirtualnej rzeczywistości
poświęcamy coraz większą ilość uwagi, często kosztem wyobcowania się z
rzeczywistych relacji z partnerem realnym, jest płci odmiennej, zarzut „zdrady
psychicznej” jest moim zdaniem w pełni uzasadniony. Kontakty wirtualne
sprzyjają autokreacji. Nikt raczej nie komunikuje wszem i wobec na sieci, że ma
paskudny charakter, nadużywa alkoholu, śmierdzi mu z gęby lub jest „damskim
bokserem”, większość stara się, aby ich wizerunek, jaki można sobie stworzyć na
podstawie wirtualnej komunikacji był jak najbardziej pozytywny. Kiedy dodamy do
tego przekazywanie osobie, z którą pozostajemy w nadmiernie ożywionym kontakcie
za pośrednictwem komunikatorów (nazwa umowna, wszyscy wiedzą, co autor miał na
myśli :) )
informacji natury intymnej lub poufnej, które powinny pozostać wewnętrzną
sprawą realnych partnerów, albo wreszcie istotnych wiadomości, których nie
uważamy za stosowne przekazać rzeczywistym partnerom, „zdradę psychiczną”
możemy uznać za dokonaną.

Jak już napisałem na wstępie,
zjawisko to jest stare jak świat, tyle, że kiedyś były listy, a dziś inne
metody kontaktu.

Postanowiłem zamieścić tę notkę
po to, aby każdego z jej czytelników (oraz siebie) skłonić do chwili refleksji,
czy aby nie jest na dobrej drodze do tego, aby taki zarzut mu postawić? :P

Odnalazłem kiedyś na „nasej-klasie” dziewczynę, spotkaną  w 1973 roku raz w życiu przez kilka godzin. Mniejsza o okoliczności, może kiedyś je opiszę, w każdym razie zrobiła na mnie wrażenie jej otwartość na świat, erudycja i rozległość zainteresowań. Napisałem do niej wiadomość, aby się upewnić, czy mimo zgodności podstawowych danych, jest to ta sama osoba. Nie odpowiedziała przez ponad 3 miesiące, zdążyłem o całej sprawie zapomnieć, aż tu dziś na poczcie „naszej-klasy” widzę wiadomość od niej. Otwieram, a tu niespodzianka… Okazuje się, że kobieta nie żyje, a stronę założyła jej córka, chcąc poznać jej znajomych z młodości i dowiedzieć się czegoś więcej o matce. Dość szokujące, acz w dobie internetu ma szanse na skuteczność. A przy okazji, czyż nie jest to szansa na życie po życiu? Napisałem w końcu list do osoby od dość dawna nie żyjącej, gdyby córce zachciało się prowadzić tę grę, moglibyśmy sobie korespondować latami. Moje pytanie brzmi: Czy uważacie, że to takie postępowanie jest do końca etyczne?


  • RSS