wyspiarze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2008


 

Dyskusja o domach wielopokoleniowych oraz możliwych
scenariuszach związków ludzi o ograniczonej dojrzałości emocjonalnej, skłoniła
mnie do pewnych refleksji natury ogólnej:

Otóż przedstawione przez Aglais scenariusze powielają się
bardzo często, ponieważ, niestety, duża część populacji ludzi, będących w
wieku, w którym zwykle wstępuje się w stałe związki (małżeńskie, wolne, a przy
innych preferencjach – gejowskie lub lesbijskie), takiej dojrzałości nie
posiada. Nie posiada jej również duża ilość rodziców tych młodych ludzi, co
skutkuje albo nadopiekuńczością, wynikającą, jak już gdzieś pisałem, z  mniej lub bardziej uświadomionego braku
akceptacji partnera życiowego naszego dziecka. Kolejnym powodem nadmiernej
ingerencji starszego pokolenia w życie młodszego może być również świadomość,
że wychowało się kalekę życiowego, który zdaniem rodzica nie ma szans sam
popłynąć na głębokiej wodzie (zwracam uwagę, że prezentując takie podejście,
wystawiamy sobie samym stosowną cenzurkę jako wychowawcom).

Wspólne zamieszkiwanie młodych przed ślubem jest, moim
zdaniem, bardzo dobrym kamieniem probierczym dla rokowań o szczęściu i
trwałości przyszłego związku. Dziś jest to zjawisko coraz częstsze, zwłaszcza w
środowiskach inteligencji i w większych miastach, aczkolwiek nie powszechne.

Nie mieszkałem z moją Żoną przed ślubem. Nie dlatego,
żebyśmy tego nie chcieli, ani żeby ewentualne opory naszych Rodziców były nie
do przezwyciężenia, ale zwyczajnie, z braku możliwości lokalowych. Każde z nas
mieszkało z rodzicami (Wyspiarka dodatkowo z 10 lat młodszym bratem), Ona
dysponowała pokoikiem wielkości pudełka od zapałek, ja może nieco większym, ale
również nie bardzo nadającym się na mieszkanie dla dwojga. Na wynajęcie
mieszkania stać nas nie było, ponieważ tylko ja pracowałem, Wyspiarka dopiero
rozpoczynała studia. Analizując pierwszy okres naszego małżeństwa i wspólnego
zamieszkiwania muszę wyznać, że akceptując naukowe określenie przytoczone przez
Aglais – autokreacja, mam zarazem inne, nieco bardziej obrazowe określenie –
tokowanie głuszca, i to chyba bardziej w moim niż Wyspiarki wykonaniu. Na
szczęście więź uczuciowa była na tyle silna, że zniosła te wygłupy, ale gdyby
nie była? Po jakimś, na szczęście niezbyt długim czasie, staliśmy się wreszcie
Partnerami, świadomymi wzajemnie swoich wad i niedoskonałości, ale i
akceptującymi je. Tym niemniej znam przypadki, kiedy rzecz cała kończy się
zgoła inaczej, począwszy od rozwodu, skończywszy na całkowitej dominacji jednej
ze stron i sprowadzeniu drugiej do roli pokornej, szarej myszki, bez słowa
sprzeciwu akceptującej rzeczy dla mnie nie do zaakceptowania (zdrada,
nielojalność, nieodpowiedzialność, można by tu jeszcze trochę wymieniać…). Najczęściej
usprawiedliwieniem dla otoczenia, które zwykle bacznie obserwuje sytuację i
zdaje sobie z niej sprawę, jest rzekome dobro dzieci, niemożność samodzielnej
egzystencji (np. z braku środków), czasem nawet zwykły targ, czyli przyjęcie
drogiego prezentu, wyjazd na ekskluzywną wycieczkę, chęć zachowania tzw.  „świętego spokoju”.  Dzieje się tak u tej, niemałej ilościowo
części populacji ludzkiej, dla której dojrzałość emocjonalna jest, jako ten
horyzont, czyli linia wyimaginowana, która oddala się od nas tym bardziej, im
bardziej się do niej zbliżamy. Nadchodząca 30 rocznica naszego ślubu, i
aktualna kondycja naszego małżeństwa, które z całą pewnością nie jest nim li
tylko z nazwy, dowodzi, że chyba jednak trafiło na siebie dwoje ludzi, może nie
do końca dojrzałych emocjonalnie w momencie zawierania związku, ale z dobrymi w
tej materii predyspozycjami.

I TEJ WERSJI BĘDĘ SIĘ TRZYMAŁ !!! :D

Wszystkie ostatnie wpisy na zaprzyjaźnionych blogach skloniły mnie do pewnych refleksji.. Podsumowanie spotkań, imprez w naszym gronie jest druzgoczące – zawsze to samo, bez jakiejkolwiek refeleksji,  nowości w dyskusji. Czy naprawdę jesteśmy na takim poziomie, który wyklucza nadanie kontaktom interpersonalnym jakości intelektualnej?  Może te spotkania są organizowane bez przemyślenia co chcemy uzyskać, spotykając sie z  „przyjaciółmi”. Na czym polega ta intelektualna jakość życia? Jestem przekonana, że wymiana poglądów, nie tylko, na temat bieżących wydarzeń politycznych, ale  także własnych przemyśleń, doświadczeń, drobnych wydarzeń w codziennym życiu,jest ważniejsza niż tańce, muzyka itp.  Gry intelektualne, wymagające zaangażowania rozumu, były  zawsze / np. turniej scrablowy/ świetnymi okazjami do rozmów. Jakość życia rozpatruje się w różnych wymiarach, ten intelektualny,dla mnie, jest bardzo ważny -niesie za sobą nie tylko mozliwość podzielenia się swoimi przemyśleniami, ale takze uzyskania pewnego wsparcia w trudnych momentach życia. Takie wsparcie, o ironio, uzyskuję w innych,miejscach, sytuacjach i od innych osób, których wcześniej, nie nazwałabym, przyjaciółmi. Nagle okazuje się, że gotowi pomagać w ywmiarze intelektualnym, psychicznym i społecznym.  Przykładem jest Bogusia, K. niezwykle doświadczona pielęgniarka, w każdej chwili pomaga mi w każdej kwestii – bezinteresownie, nie oczekując niczego w zamian za pomoc. Kasia,J.  która zawsze jest na bieżąco z moimi problemami,pyta codziennie czy daję sobie radę, ,ale wszystkie  równolegle mocno wysilamy nasz potencjał intelektualny, by w pracy i życiu osobistym wszystko było prerfekcyjne. Nawzajem udzielamy sobie porad i pomocy.  Nie oczekuję od Nich nie wiadomo czego, intelektualna jakość kontaktów interpersonalnych,  to nie jest  tylko umiejętność  prowadzenia abstrakcyjnych dyskusji, ale także odnalezienia się  i funkcjonowania w codziennym życiu.

Burzliwy rozwój techniki powoduje, że w coraz liczniejszych dziedzinach życia zadowalamy się pewnego rodzaju substytutami. Bo czymże są na przykład blogi? W pewnym stopniu zastępują onegdajsze spotkania w salonach, połączone często z burzliwymi dyskusjami nad aktualną sytuacją, wymianą bieżących ploteczek, zaprezentowaniem najnowszych dokonań w dziedzinie literatury, muzyki czy malarstwa, rewią aktualnej mody…A gry komputerowe? Nie jestem ich szczególnym miłośnikiem, prawdę mówiąc, nigdy nie byłem, ale wyobrażam sobie, że mogą być substytutem przeżywania wspaniałych przygód,odbywania podróży w świat realny lub fantastyczny, prowadzenia wojen, czy też zabawy w boga przy urządzaniu własnego świata. Możemy być kierowcami bolidu formuły I, pilotami samolotu naddźwiękowego, supermanami, wiedźminami…, pomysłowość twórców tych gier nie ma granic. Już teraz, jak słyszałem, są opracowane programy i osprzęt, umożliwiające przeżywanie doznań fizycznych (w tym erotycznych) w sposób bardziej intensywny niż w tak zwanym realu. Czy tego chcemy, czy nie, świat wirtualny staje się w coraz większym stopniu rzeczywistością. Zamiast spotykać się z ludźmi, co wiąże się problemami logistycznymi, wyjściem na zewnątrz w czasie deszczu, albo innymi rozlicznymi niedogodnościami, zasiadamy wieczorami przed klawiaturami naszych komputerów, i przez gadu albo Sype kontaktujemy się w jednej chwili z dowolną osobą na świecie, jeśli tylko ma ona dostęp do sieci. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że część ludzi z mojego pokolenia, ma przynajmniej świadomość nieuniknionego wchłonięcia nas przez świat wirtualny, pamiętając zarazem, że „drzewiej inaczej bywało”. Dla pokolenie ludzi młodych, zwłaszcza bardzo młodych, aktualna pół-realna, pół-wirtualna rzeczywistość jest rzeczą najzupełniej naturalną, bez której wprost nie wyobrażają sobie życia.
Przyznam, że choć sam (na szczęście w dość jednak ograniczonym zakresie) goszczę w wirtualnym salonie, wypowiadając się na tym blogu lub komentując blogi zaprzyjaźnione, choć doceniam wygodę, wynikającą z nieograniczonych możliwości kontaktów z dowolnym miejscem świata za pośrednictwem e-maili lub innych form komunikacji elektronicznej, jestem niekiedy przerażony perspektywą dalszego rozwoju elektronicznego świata. Nie chcę być złym prorokiem, ale mam głębokie przekonanie, że z czasem więzi interpersonalne z wyjątkiem najbliższego grona praktycznie zanikną. Efektem tego będzie życie nie prawdziwym życiem, ale substytutem życia. A tego ani sobie, ani Wam, drodzy czytelnicy tego blogu, z całego serca NIE ŻYCZĘ !!!

Kiedy dziś rano przemieszczałem
się do banku, poczułem w niezbyt jeszcze ciepłym powietrzu pierwsze, nieśmiałe
tchnienie wiosny. Muszę powiedzieć, że wprawiło mnie ono w naprawdę dobry
nastrój, który po powrocie z pracy do domu i spożyciu pysznego obiadku,
zaowocował tym oto drobiazgiem:

 

                  * *
*

Na horyzoncie mamy wiosnę

Choć w kalendarzu jeszcze zima

Choć jeszcze wkładam ciepły szalik

Myśli znów robią się radosne

W mięśnie wstępuje nowa siła

I myślę znów, by przestać palić

 

Na horyzoncie mamy wiosnę

Pękają lody na strumieniach

Ostatnie śniegi już topnieją

Pierwsze pierwiosnki już nam rosną

Częściej się myśli o nadziejach

I pierwsze pąki zielenieją

 

Na horyzoncie mamy wiosnę

Dziewczyny będą znów w sukienkach

Jakiś dekolcik się zobaczy

Chciałoby nam się ruszyć w Polskę

Deptać po kraju duktach, ścieżkach

I cieszyć się, że jest mniej kaczy

 

Od horyzontu wiosna idzie

Słoneczko świeci coraz dłużej

I coraz cieplej na ulicy

Może na wiosnę da się widzieć

Choć myślę o tym jak o cudzie

Że nam zmądrzeją politycy?

 

22.02.2008 (27 dni do wiosny!) :-)

                                

Syn, ojciec, kiedyś pewnie dziadek, czasem wszystko to jednocześnie. Trzeba być ojcem, nie przestając do końca być synem. Mój syn pyta mnie o rzeczy, o które sam bym chętnie spytał swojego Ojca, gdyby jeszcze był wśród nas. Mama, przyzwyczajona do tego, że zawsze miała wsparcie w Tacie, szuka go teraz we mnie, zwłaszcza, że z dwóch synów pozostałem jej tylko ja, młodszy. Świat bezlitośnie rzuca mi kolejne wyzwania, nie bacząc na siwiejące skronie. Ja wiem, że jak zwykle sobie poradzę, zdolność mobilizacji w trudnych momentach zawsze była moją mocną stroną, ale jak długo jeszcze?…Ostoją, opoką, na której i ja mogę się wesprzeć, gdy kolejny cios losu na chwilę mnie zamroczy, jest Jola. Kapłanka domowego ogniska, wierny Przyjaciel na dobre, i jeszcze wierniejszy na złe chwile. Potrafi i lubi korzystać z darów losu, kiedy stabilizacja, spokój, uładzona sytuacja pozwalają na beztroski lot przez życie. Kiedy jednak pojawia się kolejny atak trosk, a pojawić się musi od czasu, gdy Pandora z Epimeteuszem otworzyli puszkę, ustawia się natychmiast przy moim ramieniu, aby wraz ze mną odeprzeć szturm. W ciągu ponad trzydziestu lat, kiedy jesteśmy razem, nigdy nie obwiniła mnie za jakiekolwiek niepowodzenie, nie spróbowała przerzucić na wyłącznie moje barki dławiącego brzemienia kolejnych utarczek, których stawką jest szczęście nasze i naszych najbliższych. Muszę przyznać, że dorosły już przecież Michał swoją dorosłość przyjął tak, jak winien robić to mężczyzna. Front wzmocnił się niepomiernie od czasu, gdy stanął u mojego drugiego boku, dzieląc z nami losy kampanii wojennej, jaką do pewnego stopnia jest każde życie. Nietrudno, wychowując jedynaka przekonać się z czasem, że jest samolubnym egoistą, za nic mającym więzi rodzinne. Zawsze staraliśmy się pamiętać o tym zagrożeniu i przeciwdziałać mu w zarodku przy pierwszych zauważonych symptomach. Dziś mam spokojną pewność, że gdy przyjdzie czas, my również będziemy mieli na kim się wesprzeć. Nie wiem, skąd wziął mi się nastrój do takich przemyśleń? Może przez paskudną pogodę za oknem, może przywołał go utrwalony przed godziną przez okno obraz Michała, wsiadającego do samochodu i z fantazją zawracającego na zatłoczonym parkingu, aby pojechać do Z, gdzie czeka na niego, jego już niebawem, Żona? Może z troski o zdrowie Mamy, której rekonwalescencja, aczkolwiek zauważalna, przebiega jednak wolno i opornie? Słusznie powiadają, że zima jest czasem refleksji. Podobno starość też, ale to przecież jeszcze nie ten przypadek! A więc, ja też, jak to już dziś niektórzy zrobili, zakończę optymistycznie: Aby do wiosny! To już tylko 31 dni.:D

Z pewnością odbiegam od  ‚trendy” dyskusji na zaprzyjaźnionych blogach, ale życie w „Realu” ostatnio mnie zdominowało. To oczywiście dotyczy Mamy Wyspiarza. W czwartek wreszcie została wypisna ze szpitala do domu. Niestety wymaga stałej opieki. Cudem udało znaleźć sie opiekunkę, która z Nią mieszka. Pani Basia jest doświadczona w tej dziedzinie i możemy spać spkojnie, bo opiekuje się Mamą znakomicie. Chyba przypadły sobie do gustu. Dzisiaj uświadomiłam sobie, że ta sobota, to pierwszy dzień, od dwóch miesięcy, spędzony normalnie, spokojnie, bez wizyty w tym okropnym szpitalu. Nie jestem pewna czy chcę wymieniać jego nazwę, ale zaintersowanym powiem gdzie nie należy się leczyć. Jako wieloletni pracownik tzw. służby zdrowia byłam wstrząśnięta brakiem profesjonalizmu, życzliwości i normalnego ludzkiego podejścia do pacjenta. Ja chyba pracuję w innym świecie, mimo, że to też polski szpital!

Nasz pierwszy spokojny dzień, powrót do zwykłego rytmu życia, najbardziej odczuła Amelia. Wreszcie byliśmy razem.  Szczęśliwa morda, nie opuszczała nas na chwilę, teraz też leży przy mnie, przytulona, śpi spokojnie. Oby więcej takich dni i nocy! Niestety licho nie śpi!

Zainspirowany nieco wpisem Szoszona „pępowina” na Jego blogu www.rawa.blog.pl zacząłem się zastanawiać nad  sposobami przedłużania swojego istnienia, nie rodem ze świata science fiction, ale w utartych i naturalnych granicach. Bo czymże jest proces wychowania i kształtowania swoich dzieci, jak nie pewnego rodzaju pozostawianiem w przyszłym pokoleniu śladu po sobie? Kształtując dziecko, a z czasem młodzież, odpowiedzialny rodzic stara się wyrobić w nim także te cechy, które uważa za najlepsze u siebie. Mało tego! Dokonuje stosownych korekt, dbając o to, aby potomek nie był narażony na wpływ sytuacji, które w nas samych wykształciły cechy, które samokrytycznie uważamy za złe. To jasne, że w pewnym sensie tworzony przez nas duchowo i intelektualnie (fizycznie oczywiście też, ale to akurat nie zawsze jest świadomy akt tworzenia) człowiek, nie jest naszym dokładnym odbiciem, ale szanując jego tożsamość i odrębność możemy, zwłaszcza we wczesnym okresie życia, w dość istotny sposób kształtować jego osobowość. Piszę to zresztą z pełnym przekonaniem, jako ktoś, komu, aczkolwiek tylko w jednym egzemplarzu, taka sztuka się udała. Oczywiście równy, o ile nie większy udział w tym przedsięwzięciu ma moja Ukochana (A kto jest zdania, że się nie udała, tego pozywam na udeptaną ziemię, na miecze, alibo na topory…). Jestem przekonany, że większość „zaszczepionych” zasad, poglądów, sposobów postrzegania świata, będzie przekazywana przez następne pokolenia ich potomkom, i w ten oto sposób jakaś duchowa cząstka mnie przetrwa nawet wtedy, gdy mnie realnie już dawno nie będzie. Oczywiście taka kolej rzeczy ma największe szanse powodzenia, o ile moje dziecko (śmiesznie się to pisze o kimś, kto ma prawie 190 cm wzrostu) właściwie dobierze partnera, z którym będzie to kolejne pokolenie wychowywać, ale w tym akurat, konkretnym przypadku, jestem zupełnie spokojny :D Zdaję sobie sprawę, że taki proces nie zawsze się udaje. Jakże często dzieci mają tak skrajnie różną osobowość od rodziców, że efekty wychowawcze są dokładnie odwrotne od zamierzonych. Czemu tak się dzieje? Może matka w ciąży „zapatrzyła się” na rzeźnika (:P), a może są inne, udokumentowane naukowo (np. genetyczne) powody, nie wiem. Wiem tylko, że MY akurat w tej materii mieliśmy szczęście :-)

Zawracamy Wam głowę swoimi sprawami, ale skoro
przekazywaliśmy złe wiadomości, przekażemy i dobre. Otóż przed chwilą
wyszła od nas pani Basia, która zgodziła się zapewnić Mamie całodobową
opiekę przez najbliższy miesiąc. Ma doświadczenie w opiece nad ludźmi
starszymi i referencje osób, do których mamy zaufanie. Co prawda trzeba
będzie jej płacić dwukrotnie więcej niż Ukraince, ale pieniądze w tej
sprawie nie są najważniejsze, a mamy nadzieję, że po miesiącu będzie już
Katerina, no i będzie taniej. W dalszym ciągu mamy mnóstwo spraw, dziś
załatwialiśmy sprzęt do rehabilitacji w domu, wózek inwalidzki (na
początku spacery raczej na wózku, liczymy, że tylko na początku).
Najbardziej nas rozwścieczyło oświadczenie pani urzędniczki w
Narodowym Funduszu Zdrowia (to taka kretyńska instytucja, która
decyduje o refinansowaniu części niektórych wydatków na świadczenia
medyczne). Oświadczyła ona mianowicie Wyspiarzowi, że skoro jest zlecenie na zakup
balkonika do pomocy przy chodzeniu, oznacza to, że jest to osoba
chodząca, a jeśli jest chodząca, to dofinansowanie na materac
przeciw-odleżynowy się nie należy, bo należy się tylko osobom stale
leżącym. Dopiero informacja Wyspiarza, że Mama balkonika używa przez pół
godziny dziennie w trakcie rehabilitacji, a resztę dnia spędza na
leżąco, zwrócenie uwagi na wiek Mamy (84 lata), oraz groźba
poinformowania prasy i TV spowodowały, że może specjalna komisja
częściową refundację jednak na ten materac przyzna. Oczywiście, jeśli
nie przyzna, i tak go kupimy, ale pytamy, za co Mama całe życie płaciła
składki na ubezpieczenie zdrowotne? Takie momenty, na szczęście niezbyt
częste, powodują, że czasem nie chce nam się żyć w tym kraju. No cóż,
odreagowaliśmy nieco, ogólnie przeważa optymizm.

 

Życie

21 komentarzy

                                                           
Życie

 

Slajdy życia przemykają przed oczyma w oszalałym
kalejdoskopie. Ciepło matczynej piersi, zabawa przedszkolna,  warkocz koleżanki w ławce przede mną,
pierwsze porywy serca, drżenie ręki, która nieśmiało ujęła jej rękę w ciemnej
kinowej sali, muśnięcie ust jej ustami, miękki dotyk jędrnego ciała, włosy
rozsypane na białej poduszce, pierwszy spazm rozkoszy, duszna groza egzaminu
maturalnego, rozśpiewana brać studencka, maratony brydżowe, noce przy kielichu,
dyskusje do rana, świt nad książkami, triumf dobrze zdanego egzaminu, miło mi
poinformować, że ukończył pan z wynikiem, trema pierwszej pracy, satysfakcja z
zarobionych pieniędzy, pierwszy własny samochód, namiot na wyspie, nagie nocne
kąpiele w jeziorze, awansuję pana na stanowisko, pierścionek drżącą ręką
wsuwany na palec, chciałbym prosić o rękę, gorzko, gorzko, dumne spojrzenie na
złotą obrączkę, nerwowe papierosy pod kliniką, malutka rączka zaciśnięta
na  kciuku, pierwsze niezgrabne kroki,
bezsilny strach nad łóżkiem chorego dziecka, stan pańskiego ojca pogarsza się,
przerażone wrony po salwie  honorowej,
przytulona do serca głowa płaczącej matki, awansuję pana na stanowisko,
pierwsze własne mieszkanie,  nieprzespane
noce, oczy wpatrzonych ludzi czekających na decyzję, odpowiedzialność, długie
godziny za kierownicą, wywiadówka w szkole syna, długie nocne rozmowy z żoną,
kojący szum drzew, rozkoszny chłód leśnego jeziora, awansuję pana na
stanowisko, zadymione sale konferencyjne, władza, co pan o tym sądzi panie
dyrektorze, nauka jazdy syna na leśnych duktach, nerwowe oczekiwanie na wynik
jego matury , odpowiedzialność, spotkania w gronie przyjaciół, stuknęło ci
stary pół wieku, wszystkiego najlepszego z okazji srebrnego wesela, ojcowska
duma, tato to moja narzeczona, zmęczone powroty z pracy, dyplom syna, zdrowie
młodej pary, nic już niestety nie możemy zrobić dla pańskiej mamy, pierwszy
wnuk, czas aby firmę poprowadził ktoś młodszy, gazeta na ławce przy skwerze,
lampa bezcieniowa, nade mną głowy w czepkach i maskach…

CZY TO JUŻ ?!!!

Przeczytaliśmy przed chwilą dzisiejszy wpis Kruka. Najbardziej, oczywiście, zainteresował nas wątek znalezienia miejsca, gdzie można by się wyzwolić z „wyścigu szczurów”, o których pięknie pisze „czarne ptaszysko”. Marzymy o tym od lat (a skąd, kurde, „wyspiarze”?), choć nie jest to proste, zwłaszcza, jeśli się jest na etapie kształcenia dzieci i podejmowania za nie decyzji o wyrwaniu z kręgu rówieśników, odejścia od osiągnięć cywilizacji, bez których, zwłaszcza Wam, trudno wyobrazić sobie normalną egzystencję. Nasza wyspa trochę jest zbyt mała, żeby na stałe pomieścić nas wszystkich, zresztą leży niestety w chorym z nienawiści kraju (brak radia i tv nie załatwia sprawy, bo trzeba czasami podjechać do „cywilizacji” na zakupy, no chyba, żeby założyć tam samowystarczalne gospodarstwo rolne, ale obszar chyba zbyt mały, żeby się to udało. Nie mówiąc o kanalizacji, prądzie, itp.). Oczywiście wchodzą w grę różne, egzotyczne dla nas, miejsca (Alaska, Yukatan, Nowa Zelandia), ale to też jest, jak to mawia Dwaxel „raczej bardziej skomplikowane”. Cóż zatem pozostaje?
Trzeba, naszym zdaniem, tworzyć tak zwane „małe Ojczyzny”, miejsca, gdzie mimo wszystko jesteśmy sobą, i u siebie. Coś takiego próbuje stworzyć nasz Przyjaciel, Szoszon, i to nam się akurat podoba (swoją drogą, Wodzu, przestałeś czytać ten blog? Od złapanego w bramie „pieska małego latrelka” nic nie widzieliśmy w Twoim wykonaniu!). Bardzo nas interesują plany i przemyślenia Eweliny i Kruka w tej materii. A tak w ogóle, to my też krzyczymy na zimę, i próbujemy ją przepłoszyć, ale coś nam się wydaje, że w tym roku nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Pozdrowienia dla wszystkich, odwiedzających ten blog!


  • RSS