wyspiarze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2008

Dodatkowego  smaczku atmosferze po katastrofie dodaje afera, rozpętana przez „przydupasów” płaskołapego z pieprzykiem, co to go ponoć w porę nie poinformowano o katastrofie. Okazuje się zresztą, że został poinformowany za pośrednictwem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, tylko ponoć już po wylocie do Chorwacji. To też zresztą okazało się kłamstwem, bo gdyby chciał odwołać odlot, to jednak by zdążył. Zachodzi kilka pytań: Po pierwsze, skąd właściwie ten problem, wywleczony na forum publiczne. Ano stąd, że  Kaczor nie „zapunktował” w dziedzinie PR, jak zrobił to Tusk, przylatując natychmiast na miejsce katastrofy. Kiedy zdał sobie sprawę, jaką okazję przepuścił, trzeba było znaleźć winnego po stronie rządu, żeby wyrównać szanse. Czemu BBN  powiadomił Leszka faktycznie dość późno? Ano, okazuje się, że szacowna ta instytucja pracuje od 8.15 do 16.15, a potem nikt  tam nawet nie odbiera telefonów. Niech więc nikt nie waży się nas napadać we wcześniejszych lub późniejszych godzinach, no i nie daj boże w święta. Do tego przy okazji wydało się, że w czasie lotu samolotem praktycznie nie można się w bezpieczny sposób skontaktować z premierem lub prezydentem. W jakim my kraju żyjemy?!!!
No a wczorajsze nagłe wezwanie Radka Sikorskiego z Brukseli do Pałacu Prezydenckiego? I to w trakcie bardzo ważnego posiedzenia!
Okazało się, że Kaczor sądził, że Radek jedzie prosto z Kijowa do USA, mimo, że był informowany, że w międzyczasie będzie w kraju. Było zresztą mnóstwo czasu na rozmowy wcześniej, ale przecież trzeba było pokazać, kto tak naprawdę rządzi!!! Taki przejaw arogancji i niekompetencji moim zdaniem kwalifikuje się dla Kaczora do Trybunału Stanu, a dla jego zapyziałych, niekompetentnych urzędników, na czele oczywiście z Michałem Kamińskim do przegonienia na cztery wiatry. Było już sporo kretynizmów w tym kraju, w tym ponowna próba PiS powołania Macierewicza (dziś) do speckomisji ds. służb specjalnych, ale to niestety chyba jednak nie koniec absurdów. Dlatego pytam grzecznie: Przepraszam, czy tu myślą?…

Katastrofa

2 komentarzy

Wstrząśnięty wypadkiem lotniczym naszych najlepszych pilotów, postanowiłem, na swój kaleki sposób, złożyć Im hołd. Oto, co z tego wynikło:

 

 

* * *

 

W pożodze i płomieniach  lot orłów przerwany

Strzaskane w miazgę ciała w
metalowej trumnie

Jeszcze wczoraj przestrzeni byli
zdobywcami

Dziś są tylko tematem wiadomości
smutnej

 

Elita pośród orłów, z najlepszych
najlepsi

Każdy tysiące godzin spędził za
sterami

Dowódcy, wychowawcy, wśród
pilotów pierwsi

Aż trudno wprost uwierzyć, że nie
ma ich z nami

 

Strzegli naszego nieba co dzień,
każdej nocy

Nie bacząc na pogodę, na mgły i
zawieje

Gdy trzeba było, serce przywozili
biorcy

Przywożąc nowe życie, radość i
nadzieję

 

Niektórzy z nich już wcześniej
byli na krawędzi

Lecz dalszy czas dostali znów od
życia w darze

Dziś zatrzymany w locie, w swym
odwiecznym pędzie

Gorzeje w krwi kałużach i wielkim
pożarze

     

      Każdy z nich
wiedział wszakże, że życie lotnika

      Jak życie tych,
co latać chcieli, a nie chodzić

      Może skończyć
się szybko, jak piorun przemyka

      Jak lot Feniksa,
w słońce, aby się odrodzić

 

Ileż planów, nadziei wraz z nimi
odeszło

Ileż żon, ileż dzieci, ileż matek
płacze

W iluż domach zostało tylko puste
krzesło

I szuflada, w niej kilka
zaszczytnych odznaczeń

 

Wiele łez się wylało, także
męskich, ciężkich

Tych, co noszą lotnicze znaki na
mundurze

Co ich łączyła służba, no i szkoła
– Dęblin

Co ich szlaki splątywał los
wysoko w górze

 

Kompania honorowa zaszczyci ich
salwą

Po jeszcze jednej gwiazdce im
prezydent przyznał

Sztandary przewiązane czarną kiru
szarfą

W żałobie pogrążona dziś nasza
Ojczyzna…

 

27.01.2008

Pod palącymi promieniami słońca z ulgą zanurzam się w rozkosznie chłodne wody leśnego jeziorka. Jakby zawieszony w próżni leniwie rozgarniam rękami balsamiczną, pachnącą żywicą wodę, pozwalając, aby przelewała się pomiędzy rozwartumi palcami dłoni. Wypływam na środek nie zmarszczonej najmniejszym podmuchem toni, ułożony na plecach, bez ruchu daję się unosić.
Nieważkość, pełne rozluźnienie…
Z odległego brzegu docierają przytłumione odgłosy lasu. Natarczywy, niczym seria z automatu, szybki odgłos uderzeń dzięcioła, kwilenie jastrzębia, dostojnie szybującego po bezchmurnym niebie.
Naraz niedaleko mnie z głośnym pluskiem kotłuje się woda. Przestraszony perkoz z trzepotem wzbija się do lotu. To poluje szczupak, wzbudzając panikę wśród ławicy płotek.
Do moich uszu dociera wkrótce miarowy odgłos uderzeń w wodę. Przekręcam głowę, i nie mogę się nie uśmiechnąć. Z prędkością torpedy i bardzo uradowanym wyrazem mordki zmierza w moją stronę Amelia, szczęśliwa, że znów jest blisko swojego pana…

Dzień Babci

2 komentarzy

Ostoje miłości i ciepła. Autorki najsmaczniejszych ciast i deserów. Zawsze gotowe wysłuchać, przytulić, pomóc, poradzić. Z uśmiechem dumy śledzące nasze kolejne dokonania. Gdy trzeba, gotowe nas bronić jak lwica swoje młode. Coraz bardziej drobne, kruche, potrzebujące naszej opieki… Babcie.
Dziś Ich dzień – nie zapomnijmy do nich przynajmniej zatelefonować. Z pewnością bardzo na to czekają…
Żadnej z naszych Babć już nie ma. Każde z nas miało okazję poznać tylko po jednej Babci. Drugie zmarły na wiele lat przed naszym urzodzeniem. Babcia wyspiarza, Aniela, którą mieliśmy szczęście cieszyć się jeszcze kilka lat po ślubie, była prawdziwą Damą, dystyngowaną, uroczą Starszą Panią. Babcia wyspiarki, Zdzisława, „przytuliła” nas po ślubie jako młode małżeństwo bez mieszkania. Z tą uroczą Starszą Panią mieszkaliśmy bez najmniejszych konfliktów przez 8 lat. Wyspiarka była zawsze Jej ukochaną, najstarszą wnusią, a kiedy pojawił się Dwaxel, pierwszy prawnuk, Jej szczęście nie znało granic. Absolwentka przedwojennej pensji dla panienek z dobrego domu, zawsze elegancka, delikatna, ze świetnym poczuciem humoru. Obie nasze Babcie były dystyngowanymi, kochanymi Starszymi Paniami. Były też wszystkim, o czym pisaliśmy na wstępie.
Będziemy o Nich zawsze pamiętać…

Coś mi się zdarzyło „popełnić” w związku z portalem „Nasza-klasa.pl” . Wiem, że nie jest to dopracowane, ale spontaniczne, po kilku ostatnich informacjach.

 

 * Fotografia *

 

Na fotografii starej i pożółkłej

Gąszcz kołnierzyków białych i warkoczy

Wesoła mina obok miny smutnej

Przycięte grzywki i błyszczące oczy

 

Jak los po latach wasze drogi plecie

Wy, przyjaciele moi od piórnika

Kogo wywyższy, kogo w dół zamiecie

Kto po salonach warszawskich pomyka?

 

Kilku już nie ma, zbyt wcześnie odeszli

Wielu szukało życia w innych krajach

Jurek i Maciek do biznesu weszli

Dla Marty góry ważne oraz kajak

 

Paweł i Marek poszli w politykę

Chyba już więcej nie podam im ręki

Włodek ma super wypasioną brykę

Ewka w szpitalu leczy swoje lęki

 

Wojtek księgarnię ma Manhattanie

Maryla bawi już trzeciego wnuka

Staszkowi biją w dach w wojskowym sztabie

Zbyszek w Bałtyku ponoć ropy szuka

 

Andrzej i Tosiek są urzędnikami

Małgośka domy sprzedaje w Kanadzie

Lekarze z klasy to Wiesiek i Kamil

Jola wykłada często na Harwardzie

 

Na fotografii starej i pożółkłej

Czterdzieści losów, osiemdziesiąt oczu

Trochę nostalgii, z założenia smutnej

Oraz refleksji nad losami losu

 

 

 

 

 

 

Lubiliśmy kiedyś teleturniej „Milionerzy” za to, że był obok  „Jeden z dziesięciu” programem, wymagającym od uczestników wiedzy ogólnej na średnio-wyższym poziomie. Dziś, po pięcioletniej przerwie pojawił się po raz pierwszy program „Milionerzy”. I co? Jesteśmy zdruzgotani. Osoby, które przeszły, ponoć gęste, sito kwalifikacyjne, mają problem z odpowiedzią na pytanie: Na czym wisiał Złoty Róg w „Weselu” Wyspiańskiego, mając 4 opcjonalne odpowiedzi: 1. Na złotym łańcuchu, 2.Na końskim włosie, 3.Na sznurze, 4. Na rzemieniu. Gostek pamiętał cytat (zresztą nie pełny) „Miałeś chamie złoty róg, ostał ci się jeno sznur”, a mimo to zastanawiał się, czy złoty róg nie wisiał aby na złotym łańcuchu. Parę innych, podobnych „kwiatków”, też było. Znałem wszystkie odpowiedzi, z wyjątkiem zapytania o patrona spraw beznadziejnych (prywatnie uważam, że takich brak). Jest nim podobno  Św. Juda Tadeusz.  Pozostałe  pytania były albo proste, albo do wymyślenia przy elementarnej inteligencji.  O tempora, o mores…Kiedyś tacy „inteligenci” nie  ośmielili by się  pojawić  na publicznym forum  w obawie przed kompromitacją. Dziś?  Oby zaistnieć, a że się  przy okazji  wychodzi na kretyna… no cóż, za chwilę nikt tego nie będzie pamiętał, ale zapamięta, że byłem w TV.  Młodzieży! (zdolna, inteligentna, i jakże  błyskotliwa).  Zróbcie coś, żeby  zmienić  przekonanie, że półkretyn w Polsce,  to intelektualista. Przy okazji przy minimalnym wysiłku można zarobić  sporo kasy. Ten od sznura  wyszedł  z czekiem na 20.000 zł.  Informację  niniejszą przekazujemy do przemyślenia. :D

Amelia Mavick spacerowym krokiem przemierzała ulicę, zalotnie kręcąc zgrabnym tyłeczkiem. Szła z dumnie podniesioną głową, doskonale zdając sobie sprawę z powszechnego zachwytu, z jakim wszyscy przechodnie się jej przyglądają. Na moment zatrzymała się, żeby ocenić swój wygląd w mijanej szybie wystawowej. To, co zobaczyła, wyraźnie sprawiło jej przyjemność. Zgrabny nosek z dodającym uroku niewielkim garbkiem, przepiękne, wyraziste, brązowe oczy, białe, równe zęby, lekko filuterna mina, wszystko to naprawdę mogło się podobać. Przyspieszyła nieco kroku, bo z pochmurnego nieba lunęły nagle istne kaskady wody. Zgrabnie manewrując pomiędzy tworzącymi się błyskawicznie kałużami Amelia wbiegła do klatki schodowej, a potem przeskakując po dwa stopnie, bez śladu zmęczenia wbiegła na trzecie piętro i stanęła pod dobrze znanymi drzwiami, które natychmiast się przed nią otworzyły. Amelia Mavick dumnie wkroczyła  do środka i stanęła w przedpokoju, wyraźnie na coś czekając.
- Grzeczna dziewczynka, powiedział wyspiarz, sciągając jej obrożę. W życiu nie widziałem tak pięknej suczki owczarka niemieckiego…

Ogromnym dyskomfortem jest dla wyspiarza rozdźwięk pomiędzy wiekiem „metrykalnym” a „psychicznym”. Ten pierwszy, poparty stosownym wyglądem, daje o sobie znać w sposób czasami komiczny, na przykład wtedy, kiedy się zdarza, że sąsiadka, na oko nieco po trzydziestce, kłania mi się pierwsza, wzbudzając popłoch, że nie zdążyłem jej uprzedzić, bo to przecież mężczyzna kłania się pierwszy. Przy następnym spotkaniu już z daleka wykrzykuję „dzień dobry”, i ze zdziwieniem widzę konsternację i zakłopotanie sąsiadki, która odkrzykuje to samo. Mija kilka dni, i znów widzę tą panią. Na mój widok, choć jesteśmy od siebie o 30 metrów, demonstracyjnie skłania głowę, zanim ja zdążyłem to zrobić. W końcu dociera do mnie, że ona po prostu uważa, że starszemu panu powinna kłaniać się pierwsza…No tak, to ja jestem tym starszym panem. A z drugiej strony, przecież wcale nim w swoim mniemaniu nie jestem. Wszak zdrowie, póki co, dopisuje, na swoje trzecie piętro wchodzę, a czasami wręcz wbiegam bez zadyszki, bez problemu wytrzymuję prowadzenie samochodu z Krakowa do Szczecina bez żadnego postoju, nie nużą mnie długie, nocne Polaków rozmowy przy ognisku, wielu, dużo młodszych od siebie, mogę przetrzymać przy kieliszku, czytam bez okularów, więc co ze mnie za staruszek? Stan samozadowolenia z formy został jednak ostatnio nieco zakłócony dzięki codziennym wizytom w szpitalu. Widuję tam bowiem ludzi w swoim wieku, lub nawet młodszych, podpiętych do aparatury kardiologicznej, jeżdżących na wózkach, z trudem poruszających się przy pomocy chodzików, słowem…tragedia. Dużą pomocą w zachowaniu równowagi psychicznej w tym „rozdwojeniu jaźni” jest kontakt z czytelnikami tego blogu, dla których, łącznie z wyspiarką, jestem seniorem. To kolejny przykład na to, że „choć szron (i łysina) na głowie, choć nie to zdrowie, to w sercu zawsze maj… (cytat, /nie bez wtrętów/ z „Kabaretu Starszych Panów”). Nie będę już pisał o jemiole, i tym podobnych pierdół, bo wiem, że co poniektórzy mnie (i słusznie) ochrzanią. Takie przemyślenia, to po pierwsze „kryzys wieku średniego(?!!!), po drugie, efekt zbyt częstego obcowania ze szpitalem. Jakie z tego wnioski, drogi Watsonie?… Ano takie, że lepiej być młodym, bogatym i zdrowym, niż starym, biednym i chorym:-)

Czytam Wasze notki, czytam Wasze komentarze, czytam Wasze wiersze i różnorakie inne przejawy działalności literackiej, i szczerze mówiąc, zachwycam się. To naprawdę duża przyjemność obcować intelektualnie z gronem młodych, ponadprzeciętnie inteligentnych ludzi, wyrażających się piękną polszczyzną, obdarzonych błyskotliwym poczuciem humoru, prezentujących bliskie mi poglądy, słowem, sama radość! Wszystko by było cacy, aż tu nagle…pojawia się pewna refleksja. Otóż skoro w Waszym pokoleniu, co to przyszłością narodu jest, są tacy jak Wy, to dlaczego nie przejmują nie tylko rządów dusz, ale rządów wogóle. Dlaczego do polityki z młodych ludzi zabierają się ćwierćinteligentni karierowicze bez zasad, którzy nie potrafią porządnie sklecić zdania w ojczystym języku, a jeśli już sklecą, to w zasadzie bez różnicy światopoglądowej, ociekające jadem i hipokryzją.
Jak wiecie, sam mam do polityki i polityków stosunek mocno obrzydliwy, zresztą nie czs już po temu, ale może ktoś z Was by się przemógł i dokonał transplantacji do działalności pro publico bono (no wiem, że ta transplantacja nie jest tu najszczęśliwsza, ale, gwoli nowej, świeckiej tradycji, musiała się gdzieś pojawić). To wcale nie jest żart, a jeśli jest, to nie tak do końca…:D
Oczywiście niniejsza notka jest wyłącznym pomysłem wyspiarza, przeto ewentualnymi gwizdami, obrzucaniem zgniłymi jajami i zdechłymi kotami, upraszam w żadnym wypadku nie obdarzać bogu ducha winnej wyspiarki:-)

Skoro na forum rozgorzała zainicjowana przez Aglais i Dwaxela dyskusja o relacjach damsko – męskich, dzisiejsza notka wyspiarza traktować będzie o zjawisku, związanym z miłością jak podszewka z płaszczem, a mianowicie o zazdrości.
Nie ulega dla mnie kwestii, że zazdrość o człowieka, którego kochamy, jest absolutnie normalna. Ważne, żeby nie przybierała form patologicznych, jak u przywołanego w tytule Otella. Moim zdaniem, głównym powodem przesadnej zazdrości jest, czasem nie uświadomiona do końca, niska samoocena. To ona powoduje myślenie: jakże to możliwe, aby On/Ona, którego/którą kocham za to, że jest przystojny/piękna, inteligentny/a, z wielkim poczuciem humoru, świetnie gotuje, jest doskonały/a w łóżku (niepotrzebne skreślić), miałby być wierny/a akurat mnie, który/a mam takie mnóstwo wad i niedoskonałości (tu należy wpisać wady i niedoskonałości, które swoim zdaniem posiadamy).Drugi powodem nadmiernej zazdrości jest, według mnie, fakt, że sami zdradzamy, więc nie chce nam się wierzyć, żeby druga strona nie robiła tego samego. Pół biedy, jeśli obie strony się z tym zgadzają (choć akurat ja nie jestem zwolennikiem tzw. otwartych związków). Gorzej, jeśli jedna ze stron (najczęściej niestety jest to mężczyzna), z powodu społecznego przyzwolenia i męskiego szowinizmu uważa, że jemu wolno, ale jej…co to, to nie.
W tym miejscu aż się prosi o przypomnienie starego, ale moim zdaniem niezłego dowcipu (z góry przepraszam za użycie brzydkiego słowa, ale bez niego kawał traci całą „krwistość”):
Żona pyta męża:
- Kochanie, czy możesz mi wytłumaczyć, co oznacza słowo „konsternacja”. Słyszałam je w TV, ale nie rozumiem, co znaczy?
Mąż po dłuższej chwili namysłu:
- Wyobraź sobie, kochanie, że wracasz niespodziewanie do domu, wchodzisz do sypialni, i zastajesz nmie w niedwuznacznej sytuacji w łóżku z inną kobietą. To uczucie, które by Tobą wówczas owładnęło, to właśnie konsternacja.
- Rozumiem, odpowiada żona. Wracasz wcześniej z delegacji, wchodzisz do sypialni, zastajesz mnie w łóżku w niedwuznacznej sytuacji z innym mężczyzną, i wówczas ogarnia cię konsternacja…
- Nnno, cedzi przez zęby mąż, ty nie myl, kochanie kurestwa z konsternacją…
Trzecim powodem nadmiernej zazdrości jest…głupota partnera. Są kobiety, które, nawet wiedząc, że wyrządzają tym krzywdę partnerowi, nie mogą się oprzeć, aby strojem i zachowaniem nie kokietować innych mężczyzn – często bez złej woli i bez zamiaru zdrady, ale jednak…Są z kolei faceci, którym się wydaje, że „męskie”zachowanie wymaga oglądania się za każdą ładną dziewczyną na ulicy (czasem nawet z aprobującym gwizdem lub komentarzem). Trudno w takich sytuacjach dziwić się wybuchom zazdrości!
Podobnie, kiedy nadmiernie często w obecności aktualnego partnera opowiada się o swoim byłym/byłych związku/związkach, nie daj Boże w dodatku porównując (np. w łóżku).
Cóż wobec tego robić, aby się ustrzec przesadnej zazdrości?
Po pierwsze – sukcesywnie pracować nad samooceną (akurat, jak sądzę czytelnicy tego blogu nie powinni mieć z nią szczególnych problemów).
Po drugie (i chyba najważniejsze) – zaufanie do partnera.
Po trzecie – odrobina życiowej mądrości.
Po czwarte – chuchać, dmuchać i nosić na rękach.
Po piąte – mieć świadomość, że on/ona wie, jak wiele by stracił/a w wypadku rozstania.
No, powymądrzałem się trochę, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie, bo to w najlepszej wierze…
Acha, żeby było jeszcze coś o transplantologii. Otóż słyszałem o przypadku, kiedy kobieta stała się zazdrosna o dawczynię serca, które otrzymał jej mąż. Czy to aby nie patologia?


  • RSS