wyspiarze blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2007

Miałem, choć nie do końca, nadzieję, że wczorajsza szopka z Lechem K. i Radkiem Sikorskim rozwieje się jako ta bździna, którą w istocie jest. No, ale nie brałem pod uwagę małości i małostkowości „capo di tutti kaczki”, no i gromady lizusów i potakiwaczy, wśród których prym wiodą: Fotyga,Kamiński i Szczygło. Szczególnie trafia mnie szlag, kiedy przypomnę sobie wypowiedzi obu kaczorów i ich otoczenia, na temat poprzedniego prezydenta. Nikt nie zaprzeczy, że nacechowane były szacunkiem dla urzędu i należnym respektem, jakiego teraz domagają się dla Leszka. Napoleon (a też był kurdupel, tylko genialny) powiedział: „Od wzniosłości do śmieszności jest tylko jeden krok”… Kaczki i ich pretorianie wykonali ostatnio ogromny krok naprzód…Świat patrzy na te szopki i znów się zastanawia, co te durne polaczki znowu wymyślą, a „polish jokes” będą się pewnie mnożyć jak króliki. Kruku, jest tam jakaś wolna chałupa w Greystone?

Rżnie głupa

4 komentarzy

Zastanawiam się, jakie intencje przyświecały miłościwie nam (jeszcze)panującemu Panu Prezydentowi (to ten z pieprzykiem), kiedy zapraszał Radka Sikorskiego do swojego Pałacu w porze, kiedy ministrowie spotykali się w bardzo ważnych sprawach budżetowych. Nie uwierzą, że nie znał tego terminu, bo w Warszawie jest tak, że gdy ktoś kichnie na Woli, to po pół minucie na Żeraniu mówią mu „na zdrowie”. Pewnie w swoim zadufaniu sądził, że Radek, niepomny na świństwa, jakie L.K. robił mu przed powołaniem na stanowisko, rzuci wszystko, i z okrzykiem „Zadzieram kiecę i lecę!” popędzi na złamanie karku na tak zaszczytne spotkanie, „olewając” kolegów – ministrów oraz Donalda T. Fakt, że tego nie zrobił, wywołał w Pałacu spory szok, żeby nie użyć słowa „histeria”. Trochę się obawiałem, że prezydencki minister Kamiński udławi się śliną, jaką tryskał udowadniając (na konferencji prasowej), że nie jest małą dziewczynką. Teraz znowu będzie można mówić, że rząd lekceważy Pałac. Nic to, że wystarczyło wyznaczyć spotkanie na nieco późniejszą porę, a z pewnością, mimo niewątpliwego obrzydzenia Radka (a pamiętamy, jak Jarek go po rękach całował), do spotkania by doszło. Nie o to przecież chodziło, a o kolejną „rozróbę” na linii Pałac – Rząd. No cóż, musi się Lechu powoli przyzwyczajać, że kto sieje wiatr…Jeśli nie zacznie się zachowywać, jak na nominalną kaczkę (sorry, chciałem napisać „głowę”) państwa przystało, będzie odpowiednio traktowany. Trochę szkoda, że świat patrzy na te jego wygłupy, ale ogólnie – jak sobie pościelesz…

Dzięki portalowi www.nasza-klasa.pl skontaktowali się z wyspiarzem jego koledzy ze szkoły średniej, których losy zaniosły aż do Australii. To dopiero potęga internetu! Trochę im zazdroszczę jednego – właśnie zaczyna się tam lato, i temperatury już osiągają + 30 stopni. I wszystko by było fajno, gdymym sobie nie pomyślał o jednym: zbliżających się Świętach. Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić – Wigilia, a za oknem skaczące kangury i upał. To ja już chyba jednak wolę uroki naszej, polskiej zimy!!!
A więc, zimowe pozdrowienia z Polski do Australii. Niech oni też nam trochę pozazdroszczą…

EGRI BIKAVER – ekstremista emocjonalny, wzór wierności i obronności. Nasze pierwsze wspólne zwierzątko, spełnienie wspólnych marzeń. Zabrany od ogrodnika przy okazji zakupu sadzonek pomidorów. Kochał i nienawidził zawsze całym sercem. Pani Józia, przyjaciółka Babci, od czasu stwierdzenia, że to świetny pies na łańcuch, mogła wejść do domu tylko po zamknięciu Egriego i to na klucz. Dwaxela,który urodził się po 6 latach panowania psa w domu, pokochał miłością gwałtowną i namiętną. Poza domownikami, tylko wybrane osoby, mogły podejść do dziecka. Pozwalał mu nawet zaglądać do świeżo napełnionej miski. Zawsze sypiał w nogach naszego tapczanu. Podobnie było, kiedy i Dwaxel zaczął nocami potrzebować naszej obecności. Był jeden problem – łóżko nie było zbyt duże. Mieliśmy wtedy z mężem dyżury nocne – jedno z nas spało, a drugie zajmowało się dzieckiem. Dyżurny spał z zewnątrz. Tłok na tapczanie powodował, że trzeba było podpierać się ręką i nogą by nie spaść na podłogę. Nigdy jednak nie zdecydowaliśmy się zabrać Egriemu jego miejsca.
Miłość psa była odwzajemniona. W rodzinie znana jest historia raczkującego malca, który nie wiadomo, jakim cudem wydobył opakowanie 10 jajek z kredensu, a następnie rozbijając je kolejno, nakarmił, wdzięcznego oczywiście, psa.
Na wyspie był wiele razy. Pierwszy pobyt – na zdjęciu – miał wtedy pół roku. Mimo, że szczeniak, ale natychmiast zasłynął jako świetny obrońca i wielbiciel pływania. Na kajaku siedział dumnie rozglądając się uważnie dookoła. Na żaglówce balastował jak wytrawny żeglarz, w dodatku, w przeciwieństwie do wielu osób, nigdy nie dostał bomem w łeb. Za to łódka, o nie to nie było dla niego. Wyskakiwał i pływał za nami bez zmęczenia, nawet z wyspy na ląd / około 15 minut wiosłowania/.
Pewnej nocy wytropił przy wyspie kłusowników. Nie mogli wykonać żadnego ruchu dopóki nie dotarliśmy na brzeg. Przerażeni sprezentowali nam kilka pięknych węgorzy i do końca naszych wakacji nie przypływali w te okolice. Węgorze uwędzone u przyjaciół z lądu do tej pory pamiętamy, a Egri oczywiście dostał swoją porcję. Był „wszystkożerny”,zwłaszcza, kiedy rósł. W końcu osiągnął imponującą wagę ponad 40 kilogramów. Miał jedną słabość – lubił alkohol, ale do czasu. To właśnie na wyspie przeszedł na trwałą abstynencję. W tamtych czasach – przełom lat 70-tych i 80-tych, oczywiście ubiegłego wieku, trudno było kupić dobre wino. Zrobiony przez nas w kociołku, grzaniec miał taka zawartość siarki, że nie nadawał się do picia. Odstawiliśmy go na bok, a sami siedzieliśmy z gitarą przy ognisku. Nagle przytoczył się do nas kompletnie piany pies, wszystkie cztery łapy nie zapewniały mu stabilizacji, rozjeżdżał się jak pies Pluto w kreskówce Disneya. Prawie wpadł pyskiem do ognia. Okazało się, że opróżnił cały kociołek. Wnieśliśmy go do namiotu i troskliwie ułożyliśmy po śpiworem. Cały następny dzień spędził leżąc na brzegu jeziora, tak by morda była w wodzie. W ten sposób nie musiał wstawać by się napić. Trzeba przyznać, że nieźle to sobie wykombinował! Od tego czasu był wzorowym AA.
Będąc z nami przez tylko 9 lat, spędzając z nami każdą wolną chwilę. każde wakacje, także te na wyspie, zapewniał nam poczucie bezpieczeństwa i spokój. Odszedł po chorobie nowotworowej. Kiedy przeprowadzaliśmy się do pierwszego własnego mieszkania, Dwaxel przekonany, że pies jest w szpitalu kazał nam wysłać do niego list z nowym adresem.
egri2.jpg

Tak to już jest w naszej rodzinie, że wyspiarz jest od paskudnej polityki itp., a wyspiarka, choć wcale na polityczną rzeczywistość nie obojętna, i właściwie w tej materii zorientowana, jest od spraw ciepła domowego ogniska, sentymentalnych wspomnień o Zwierzakach (wkrótce ukaże się pierwszy wpis o tej tematyce, być może jeszcze dziś, o ile uda się przezwyciężyć problemy techniczne z zamieszczeniem zdjęcia Egriego), orgii doznań kulinarnych itp. Najciekawsze, że nie przeszkadza Jej to w znaczących osiągnięciach zawodowych, rozwoju naukowym ect.
Tym razem jednak do klawiatury „dorwał się wyspiarz”, i zamierza wylać swoją frustrację, spowodowaną …no, jak myślicie?…oczywiście macie rację, przez małego, podobnego do kartofla, na szerokich, płaskich łapach.
Indywiduum to, od lat zaśmiecające polską scenę polityczną, po poniesieniu spektakularnej porażki wyborczej, nadal jest głównym rozgrywającym w zakresie destrukcji, degrengolady, upadku obyczajów politycznych…I pomyśleć, że coś takiego ma czelność przedstawiać się, jako osoba, wychowana w miejscach lepszych niż podwórko. To ja już wolę podwórko.Jegomość ten ma zwyczaj przedstawiać swoje racje na zasadzie sugestii, że przeciwnicy polityczni mają określone plany (np. koalicja PO – LiD), a potem zwalczania tych planów, które nikomu prócz jego chorej wyobraźni nie przyszły by do głowy. Taka prymitywna taktyka, która, nie ukrywam, obraża moją (ponoć ponadprzeciętną, co wykazały stosowne testy, inteligencję – piszę to z wrodzoną sobie skromnością), zyskała jednak w ostatnich wyborach uznanie ponad 5 mln dorosłych Polaków (co też świadczy o ich inteligencji). Aktualnie lansowany pomysł, żeby do komisji sejmowej ds. służb specjalnych wysunąć niejakiego Antoniego M. jest klasycznym przykładem, że wyżej wzmiankowany płaskołapy uważa swój naród za zbiorowisko ultra-kretynów. Czym bowiem wsławił się Antek? Ano tym, że w kilku podejściach rozwalił cały polski wywiad i kontr-wywiad, do tego stopnia, że w tej chwili każdego potencjalnego kandydata do pracy w tych służbach należy traktować jako albo desperata, któremu życie nie miłe, albo agenta obcych służb, który chce przeniknąć do naszych. Z natury rzeczy tenże Antek musi się stać jednym z pierwszych obiektów zainteresowania komisji, której członkiem ma z namaszczenia „prezesa” zostać. A więc, ma być sędzią we własnej sprawie? Kaczor wie, że nikt się na to nie zgodzi, bo zgodzić się nie może, ale w ten sposób będzie mógł deprecjonować działania komisji, wszak nie ma w niej (na własne życzenie) przedstawiciela największej partii opozycyjnej. Jeśli to nie jest polityczne knajactwo (pamiętacie, szanowny „prezes” był uprzejmy takimi epitetami częstować opozycję w kampanii wyborczej), to nie wie, co nim jest. Kończę na dziś, bo w miarę, jak piszę, czuję, że rośnie mi ciśnienie, i zaraz mnie szlag trafi!!! Na uspokojenie przeczytam sobie tekst o Egrim Bikaverze.

Mój mąż zajmuje sie wielkimi sprawami – polityka, historia. A ja patrząc dzisiaj rano przez okno z trudem powstrzymałam się by odruchowo nie zamykać oczu. Słota, listopad, deszcz – apatia, abulia i depresja do kwadratu. W ramach terapii wymyśliłam obiad – francuska zupa cebulowa i spaghetti a la carbonara. Podobno wyszło nieźle. Teraz okazało się, że nasz syn uświadamia sobie co to znaczy być dorosłym. Cieszę się z bezbolesnego przecięcia pępowiny. Romantykiem trzeba być by trwać i dobrze, że to rozumie. Ja teraz patrzę na naszego kłębusznika czyli Amelkę zwiniętą w kąciku tapczanu i cieszę się, że dostarcza nam tyle piękna i wzruszeń swoim psim zachowaniem, emocjami wypisanymi na pysku i kawałami , które nam robi. Rano biegała radośnie po mieszkaniu ze skarpetkami i czekała kto pierwszy ją złapie. Należy zaznaczyć, że odzyskanie „zdobyczy” jest możliwe tylko przy wymianie na coś innego. W ramach szerzenia idei romantycznych postaram sie opisać historię naszych ukochanych psów na wyspie – ale to później.

Ideologia

1 komentarz

Nie wiedzieć czemu, ale po przeczytaniu ostatniej notki Aglais nasunęły mi się skojarzenia ideologiczne. Jako, że w odróżnieniu od Właścicielki tego bloga, i wszystkich go odwiedzających, większość swojego życia spędziłem w poprzednim, oczywiście niesłusznym ustroju (swoją drogą, mam nadzieję, że kiedy przyjdzie rozstawać się z tym światem, będę mógł powiedzieć, że większość życia spędziłem w wolnej Polsce, co dowodzi, że chciałbym jeszcze trochę pożyć), w którym ideologię przemycano wszędzie. Przypomniało mi się, że podczas studiów na AGH, na lektoracie z języka (a jakże) rosyjskiego,czytaliśmy opowiadanko, w którym dwoje turystów jest na wycieczce w szwajcarskich Alpach. Były opisy przyrody, rozmowy z przygodnie spotkanymi wieśniakami, krówki na zielonych halach, słowem pełna sielanka i zero ideologii. Najlepsze czaiło się dopiero w ostatnim zdaniu, które brzmiało: „Czy wiesz, drogi czytelniku, kim byli ci turyści? To był Włodzimierz Lenin i Nadieżda Krupska”. Dobre, no nie?…:-)

Toast

2 komentarzy

No to mamy Rząd nowy
Do rządzenia gotowy
Donald stanął na czele
Do gadania ma wiele
A że gada do sensu
Może będzie consensus
Może przyszła ta pora
Żeby zgnębić Kaczora
Niech Europa zobaczy
Że to nie jest rząd kaczy
Niech się już z nas nie śmieje
Coraz lepiej się dzieje
Jakoś luźniej się żyje
Za to się dziś napiję

Dziś „dziki galop” w Twierdzy Modlin. Oczywiście słyszałem o jej ogromie. Budowę rozpoczęli Francuzi w 1806 roku, rozbudowywali Rosjanie i Polacy. Czterokrotnie przeżywała wielkie oblężenia (ostatnio w trakcie I i II Wojny Światowej).Słyszałem także o bohaterskiej obronie Twierdzy we wrześniu 1939 r.przez Armię „Modlin”, dowodzoną przez gen. Thommee. Ale słyszeć o czymś, a zobaczyć to, to ogromna różnica. Twierdza Modlin to gigant!!! Podobno w latach największej świetności stacjonowało tam około 20 tysięcy (sic!) żołnierzy. Najdłuższy budynek koszarowy ma prawie 3 km (sic!) długości. Rosyjski oficer inspekcyjny przejeżdżał w trakcie inspekcji te trzy kilometry korytarzem konno! Całe dziesiątki, jeśli nie setki bunkrów, punktów ogniowych, stanowisk artylerii, większość niestety strasznie „zapuszczonych” Są również „perełki”. Położone wewnątrz umocnień wille dowództwa, niektóre całkiem dobrze (przynajmniej z zewnątrz) zachowane, wyglądają jak pałacyki. Ogólnie jednak wrażenie dość przygnębiającą, bo większość obiektów powoli się „sypie”. Mieliśmy bardzo mało czasu, ale na koniec naszego tam pobytu dzięki uprzejmości jednego z oficerów uzyskaliśmy zgodę na wjazd samochodem do strefy, gdzie nawet większość wojskowych nie ma wstępu. Z konieczności musieliśmy ten teren obejrzeć szybko, z okien samochodu, ale wrażenie było naprawdę duże. Ktoś, kto nie jest pozbawiony wyobraźni, może „przed oczyma duszy swojej” zobaczyć, jak to wyglądało w czasach największej świetności, a musiało wyglądać imponująco. Szkoda, że nie można tam było robić zdjęć. Wieczorem „dobiliśmy” do hotelu w Sochaczewie. Biorąc pod uwagę umiarkowane ceny, okazał się niemal luksusowy (sauna, basen itp.). Mam nadzieję, że będzie się dobrze spało.

Dziś działaliśmy w jednostkach wojskowych w Kazuniu. Stare, jeszcze przedwojenne koszary, jednak obiekt nawet dość dobrze utrzymany. Parę ciekawostek widzieliśmy, na przykład spychacz na podwoziu czołgowym przy pracy. Oj, mocy to to ma kupę, tylko nie chciałbym płacić za paliwo. Najważniejsze, że jak dotąd udaje nam się utrzymać bardzo napięty harmonogram. Poza tym wojsko, jak to wojsko… Przede wszystkim muszą się zgadzać „papiery”, po wybiciu godziny 15.30 żadna siła nie zmusi pracowników cywilnych do dalszej pracy, nasz styl pracy, w którym zdarzają się akcje trwające kilkanaście godzin dziennie, są dla tych panów czymś absolutnie niepojętym. Ogólnie mimo wszystko nie bardzo bym chciał, żeby ta armia stanęła przed jakimś prawdziwym wyzwaniem. Jakby co, to do najbliższego lasu, i zakładać oddział partyzancki…


  • RSS